Fakty
mogą być mylące, ale plotki,
prawdziwe czy nie,
zawsze coś odkrywają
***
Temari była zła na obu braci.
Nie była pewna, na którego bardziej. Na Kankuro – bo wpędził ją w kłopoty. I na
Gaarę, bo zbeształ ją, chociaż nic nie zrobiła.
Gaara był ostatnio wyjątkowo
pobłażliwy dla brata, za to złość wyładował na niej. To ona musiała wysłuchać
pouczeń, że zachowuje się głupio i nieodpowiedzialnie.
Była po pracy, do diabła. Sunami
też była po pracy. A Gaara potraktował ją jakby demoralizowała podwładnych.
Nie omieszkała mu przypomnieć, że Suni nie jest jej podwładną i może z nią pić, ile chce. Gaara wtedy przydzielił jej karną papierkową robotę i kazał wyjść.
Tak ją tym wkurzył, że
postanowiła zrobić mu na przekór i w nocy wyciągnęła Sunami do baru. Tym razem
w wiosce, bo na podróż nie było czasu. Rano czeka robota.
Czasami miała ochotę rzucić wszystko w diabły i wyemigrować.
Nierozważnie powiedziała to na głos.
- Może wyemigrować do Konohy? –
zapytała Sunami z wymuszenie niewinną miną.
Temari zmroziła ją spojrzeniem.
Siedziały przy stoliku w niemal
opustoszałym lokalu. Zamówiły tylko likier, bo nie mogły się upić, chociaż obie miały ochotę odreagować. Sunami stresowała się lekcją w szkole,
a Temari… Cóż, ona przeklinała los, który kazał jej urodzić się w tej rodzinie.
- Nie wkurzaj mnie i ty, Suni –
powiedziała karcąco. – Bo ktoś w końcu oberwie. Oczywiście nie mogę tknąć
Gaary, więc padnie na ciebie.
Sunami nic nie powiedziała. W końcu potrafiła czytać emocje, więc powinna wiedzieć, że nie
należy przeciągać struny.
Jeśli ma jakiś
instynkt samozachowawczy powinna milczeć i jako lojalna przyjaciółka wysłuchać
jej frustracji.
- Jestem najstarsza i należy mi
się szacunek – powiedziała z wściekłością. – Ale Gaarze woda sodowa uderzyła do
głowy, ot co.
Sunami przytaknęła.
To dlatego była idealną
rozmówczynią. W przeciwieństwie do Mats, która każde złe słowo o Gaarze
traktowała jak obrazę majestatu, Suni nie była pozbawiona krytycyzmu. Wysłuchała,
dorzuciła swoje trzy grosze i Temari od razu czuła się lepiej. Dobrze, że nie
wszystkie jej przyjaciółki lecą na któregoś z jej braci. Życie byłoby jeszcze
bardziej nie do zniesienia.
- Przeklinam dzień, w którym
geniusze ze starszyzny dali mu stanowisko Kazekage – dodała blondynka.
Wcale nie dlatego, że
nagle stał się egocentrycznym bucem. Zawsze taki był.
Po pewnym czasie
zaczęła nienawidzić tego pomysłu, ale dlatego, że Gaara postanowił poświęcić
życie wiosce. W przenośni i dosłownie.
Teraz nie chciała się nad
tym zastanawiać.
- Pewnie mu się znacznie
pogorszyło, gdy dowodził na wojnie – odpowiedziała Sunami.
Temari potrząsnęła głową.
- Wcale nie. Już wcześniej
poczuł się ważny. Opowiadałam ci o szczycie Pięciu kage przed wojną z Madarą?
- Coś tam wspominałaś. Wiesz,
słyszałam też z innych źródeł – odparła Sunami ironicznie.
Kompletnie nie zrozumiała, o co chodzi. A to było takie zabawne. Z perspektywy czasu Temari traktowała zachowanie wszystkich pięciu kage jako źródło anegdotek i brylowała dzięki temu w
towarzystwie.
- Gaara był o wiele młodszy od
całej reszty, więc traktowali go z góry. Ale on ma zero wyczucia i nawet mu nie
przyszło do głowy, że powinien okazać starszym szacunek. Zaraz na wstępie
naraził się Tsuchikage, uzurpując sobie prawo do pierwszeństwa wypowiedzi.
- To musiało być ciekawe –
skomentowała Sunami. Chyba tylko z uprzejmości, chociaż powinna wiedzieć, jakim
wkurzającym cynikiem jest były lider Iwagakure.
- Stary ramol tak się zaperzył,
że byłam zdziwiona, że nie spadł z krzesła – oznajmiła Temari z satysfakcją.
Ilekroć przypominała sobie jakie miny stroił ten starzec, poprawiał jej się
humor. I teraz też przeszła jej złość. – Potem było jeszcze lepiej, bo Gaara
oskarżył go o hipokryzję. I to w takich ładnych słowach, to jeden z moich
ulubionych cytatów – zastanowiła się. – To było coś w rodzaju: „Kiedy
przerośliście sami siebie”? Jakoś tak. Cud, że staruch nie dostał wtedy wylewu.
Chyba wszystkich to ubawiło. Mei Terumi patrzyła na Gaarę
jakby chciała go zjeść. – Temari wzdrygnęła się. – Ona nawet się nie kryje ze
swoim zboczeniem. To, co zrobiła później, gdy pojawił się Uchiha… Co prawda z
nim walczyła, ale miałam wrażenie, że wolałaby go przelecieć.
Sunami skrzywiła się z
niesmakiem.
- Za takie upodobania powinno
się zamykać – oceniła Temari. – Może z wiekiem jej przeszło.
Sunami pokręciła głową.
- Ochota na młodych chłopców?
Obawiam się, że nie. Jak myślisz, dlaczego oba jej małżeństwa skończyły się
błyskawicznymi rozwodami?
Temari popatrzyła na nią z
niedowierzaniem.
- No co ty. O tym się tak
oficjalnie mówi?
Sunami wzruszyła ramionami.
- To nie jest niezgodne z
prawem. Podobno gustuje w takich od piętnastu lat wzwyż. W Kiri uważają to za zabawne.
Tym razem Temari nie powstrzymała
grymasu obrzydzenia.
- Przecież ona jest stara. Nawet nie chcę o tym myśleć –
podsumowała. – Ale, schodząc na temat ploteczek. Mam ich całą garść.
- Domyślam się. Ostatnio
zacieśniasz znajomość z Matsuri – odpowiedziała Sunami niechętnie.
Prawdą było, że Matsuri była
świetnym źródłem informacji.
Ale tym razem nie ona
dostarczyła tematów do pogawędek.
- Tu ciebie zdziwię. Rozmawiałam ostatnio z moją bratową.
Sunami popatrzyła na nią z
konsternacją.
- Z Michiru? Czyżbyś się do
niej przekonała?
Temari nie widziała potrzeby
odpowiadania na to pytanie.
Nie tyle się do niej przekonała,
co jej potrzebowała. Wpadła na genialny pomysł wykorzystania obecnej sytuacji i
postanowiła zorganizować odświętny obiad dla nowożeńców. Oczywiście, oficjalne świętowanie odbyło się jak tylko przyjechali. Był bankiet, a na nim wszystkie
szychy z wioski. Ale ona potrzebowała stworzyć inne okoliczności.
Przekonała Michiru,żeby przyszła
z Kankuro. Przekonała Gaarę. Musiała uciec się do drobnego szantażu odwołując
się do jego poczucia solidarności rodzinnej. Podejrzewała, że wcale jej nie
miał, ale był zobowiązany udawać, bo przecież chodzi o pozytywną przyszłość jego
brata.
Od momentu, gdy Gaara skończył z bezsensownym zabijaniem, coraz lepiej dogadywał się z Kankuro. Mieli tak dobry kontakt, że czasami w ich towarzystwie czuła się jak intruz.
Całe szczęście, że rozmawiała z
nim zanim jeszcze nowożeńcy wrócili. Teraz nie mógł się już wycofać, mimo że
Kankuro mu się naraził. Kolacja odwlecze się w czasie, ale musi dojść do skutku.
Jedynym problemem było to, jak
wytłumaczyć obecność Matsuri. Dlatego postanowiła być miła dla Michiru i tak
pokierowała rozmową, by sama zaproponowała zaproszenie przyjaciółek. Sunami pewnie znajdzie sobie wymówkę, żeby nie przyjść, bo nie znosi Kankuro. Ale
Mats przyjdzie na pewno.
Temari miała nadzieję, że Sunami
nie domyśli się, że to była jej inicjatywa, bo będzie suszyć jej głowę. I tak
coraz bardziej krytykowała plan wyswatania Gaary i okazywała na każdym kroku
oburzenie.
Dlatego trzeba zbyć temat
Michiru, żeby nie budzić podejrzeń. Nie dość, że musi być przekonująca to
jeszcze ująć wszystko w takich słowach, żeby nie skłamać. Przyjaźń z empatką jest piekielnie trudna.
- Jeszcze nie wiem, ale dam jej
szansę, w końcu teraz to rodzina – powiedziała swobodnie. No, to było
neutralne. Jednak trzeba prędko zmienić temat. – Ale jakim podzieliła się ze mną
hitem. Domyśliłabyś się, że Yuji jest gejem?
To było bardzo celne zagranie.
Sunami była zszokowana i zrezygnowała z dopytywania się o jej relacje z Michiru.
- Ten Yuji? Wielka szycha w radzie jouninów?
Temari pokiwała z entuzjazmem
głową.
- Tak, dokładnie ten. Ten sam,
który próbuje podważyć mój autorytet odkąd dostałam awans. Tak sobie myślę, że
nie będzie już pupilkiem starszyzny, jeśli ktoś go wsypie. Może powinnam go
zaszantażować?
- To może być tylko plotka –
oceniła Sunami sceptycznie.
Temari uśmiechnęła się z
zadowoleniem.
- Otóż nie, moja droga, to jest
pewna informacja. Michiru wie to od jego żony. On jest całkiem… No wiesz, całkiem
niezdolny do tego z kobietą. Jarają go tylko faceci. Dzieci z tego nie będzie.
Wiedziała, że brzmi złośliwie i
wrednie, ale dupek sobie zasłużył. Nie za to, że jest gejem tylko za to, że
jest mizoginem i robi, co może, żeby ambitne kobiety miały pod górkę.
Teraz będzie miała nad nim
przewagę i musi dobrze przemyśleć, jak to wykorzystać.
Ciekawe, czy Sunami myślała o tym samym.
Sprawiała wrażenie zaaferowanej.
- Temari, to jest to, czego
szukaliśmy – powiedziała.
Na pewno to, czego Temari szukała.
- Pamiętasz o czym
rozmawiałyśmy, gdy wróciłaś z Konohy? – zapytała Sunami. – Gdy widziałyśmy się
pierwszy raz po mojej misji w kraju Śniegu?
Temari popatrzyła na nią, nieco
skonfundowana.
- To było bardzo dawno. Nie
wydaje mi się, żebyśmy rozmawiały o czymś ważnym, same plotki.
- Właśnie. Plotki – powtórzyła dziewczyna z naciskiem. – Daiki został
oddelegowany do pracy z dzieciakami, bo pożarł się z Yujim.
No tak, łamanie praw
pracowniczych i protekcja. Teraz było jasne, dlaczego Sunami to dobrze pamięta.
Jednak nadal trudno powiedzieć,
do czego zmierza.
- A o co poszło? – kontynuowała
Sunami widocznie rozczarowana brakiem reakcji ze strony przyjaciółki. – Daiki
się wygadał, że poszli na dziwki.
Temari wciąż nie rozumiała.
- Poszli do onsenu. Jak sobie
przypomnisz, co powiedział Hiro, uświadomisz sobie, że to jest miejsce spotkań
Seijiro ze zleceniodawcą z zewnątrz. A skoro bywają tam rebelianci…
- Mamy kreta – Temari dokończyła
za nią zdanie.
Sunami uśmiechnęła się
triumfalnie.
Temari z wrażenia opróżniła pół
szklanki likieru.
- No to teraz Gaara odszczeka
to, co powiedział o marnowaniu przez nas czasu – stwierdziła.
Sunami prychnęła.
- Bądź poważna, tu nie chodzi o
twoją zranioną dumę. Zdajesz sobie sprawę, że to jest idealny moment? Trzeba pozbawić
Yujiego możliwości kontaktu z rebeliantami zanim pojawi się tutaj Hiro,
niezależnie od efektu jego misji. Dlatego nie drocz się z Gaarą tylko…
Temari uciszyła ją gestem ręki.
- Spokojnie, Suni, nie jestem
głupia. Idę z nim pogadać. A ty lepiej się wyśpij, bo coś mi mówi, że jutro
będziesz miała dużo pracy. Prawdziwej pracy.
Sunami skinęła ze zrozumieniem
głową.
- A Gaara i tak będzie musiał
przyznać, że jesteśmy niezastąpione – zakończyła Temari z satysfakcją.
Jak się okazuje, alkohol i
plotki czasem równają się ciężkiej pracy wywiadowczej.
W każdym razie, ona tak to
przedstawi.
***
W siedzibie władz wioski od rana
panowała nerwowa atmosfera. To nic, w porównaniu ze skandalem, który wybuchnie,
gdy wiadomość o aresztowaniu dwóch szanowanych obywateli rozprzestrzeni się w
osadzie. A rozprzestrzeni się na pewno, mimo teoretycznie ostrożnych działań.
Temari, chociaż podekscytowana i
zadowolona z siebie, sprawiała wrażenie nerwowej. Niepokoiła się reakcją rady
jouninów. O ile oskarżenie o zdradę Seijiro nie wywoła skandalu, bo mimo
ważnego stanowiska nie ma wielu osób, które mogłyby się za nim wstawić, o tyle
aresztowanie członka rady jouninów cieszącego się zaufaniem starszyzny było
ryzykowne.
Temari była niezdecydowana, jak
należy to przeprowadzić. Kankuro radził kilka dni poczekać. Każde z nich
uważało, że prowokowanie konfliktu z radą jest zbyt pospiesznym posunięciem.
Ale Gaara nie zamierzał kluczyć
i dawać Yujiemu szansy, by się wymknął. Nie martwiła go myśl o rozzłoszczeniu
kilku wysoko postawionych notabli. Przeciwnie, był zadowolony, że wreszcie coś
zaczyna się dziać.
Kierowanie sprawami wioski było
czymś, do czego dążył od momentu, gdy postanowił nadać swojemu
życiu wartościowy cel, inny niż bezmyślna destrukcja. Chociaż przez większość czasu zajęcie to było porażająco nudne. Niemal
w ogóle nie mógł opuszczać osady, a większość pracy stanowiła papierkowa
robota, której nie znosił. Wykonywał ją skrupulatnie i niczego nie odwlekał na
później właśnie dlatego, że była uciążliwym obowiązkiem, który i tak musiał
codziennie odbębnić i nie chciał piętrzyć zaległości.
Myślał o codziennych zajęciach
jako o pewnym rodzaju ascezy. Nie mógł rozpatrywać nudnej pracy w biurze jako
pokuty, bo prawdopodobnie nie wystarczyłoby mu życia, żeby odpokutować. Asceza – to było dobre określenie. Przez większość czasu nic się nie działo.
Dla kogoś, dla kogo ulubionym
zajęciem była walka, egzystencja możliwie najbardziej odległa od poprzedniego
obfitującego w przygody życia, była ekstremalną formą umartwiania.
Gaara zwykle się nad tym nie
zastanawiał, po prostu przyjął ten nudny tryb życia jako konsekwencję
odpowiedzialności za wioskę. Był to też test silnej woli, bo prawie codziennie
musiał rozmawiać z ludźmi, którzy działali mu na nerwy i których kiedyś by nie
tolerował. Wystawiano na próbę jego cierpliwość, na przykład wtedy, gdy kończył przedzieranie się
przez papierologię, a pomocnik kładł na biurko nowy stos raportów do
przejrzenia. Nawet ktoś znacznie mniej drażliwy od niego mógłby wpaść w gniew.
Zdawał sobie sprawę, że
zabijanie jest złe. Zarówno wtedy, gdy robił to na co dzień, jak i teraz. To
nie mieści się w normach społecznych z oczywistego powodu – gdyby było
dopuszczalne, szybko zabrakłoby jakiegokolwiek społeczeństwa. Oprócz problemów
natury demograficznej były też moralne.
Jak każda istota ludzka
wiedział, że pozbawienie życia drugiego człowieka, szczególnie z błahej
przyczyny, jest naganne. Jest jedną z najgorszych rzeczy, które może zrobić
człowiek. Zgadzał się z tym, nawet jako dziecko. Ale kiedy miał ochotę zabić,
normy etyczne nie miały żadnego znaczenia. Było tylko pragnienie pozbawienie
kogoś życia i przekonanie, że podstawowym prawem natury jest śmierć słabszych i
przetrwanie silniejszych.
Rozpatrując to na chłodno także
potrafił wyjaśnić swoje zachowanie, bo na tym polegała sprawiedliwość w swojej
pierwotnej formie, starszej niż ludzka cywilizacja. Jesteś silny, więc
zabijasz, do momentu, gdy znajdzie się silniejszy od ciebie.
Czasami zabijają słabi. Tak jak
on zabił swoją matkę. Ale wciąż powinna mieć
zastosowanie podstawowa zasada, według której zawsze znajdzie się silniejszy lub sprytniejszy. W
jego przypadku też ktoś taki się znalazł. Ale wtedy pani Chiyo poświęciła swoje życie, wywierając tym większą presję, by postępował właściwie.
Gaara nie uważał się za jedyną
osobę zdolną skutecznie chronić wioskę, ale za jedną z niewielu, które mogłyby
to robić. Dążył do urzędu Kazekage, bo chciał, by wioska go potrzebowała.
I dlatego, że on jej potrzebował. To osada stworzyła potwora i tylko ona mogła
go opanować. Będąc przywódcą miał poważny powód, żeby nie wrócić do tego, do
czego w innej sytuacji wróciłby, prędzej czy później.
Decydującym czynnikiem, przez
który przyjął stanowisko, nie było pragnienie uznania. Był to ten sam powód,
którym kierowała się rada powołując go – jako lider wioski podlegał społecznej
kontroli i miał silną motywację, by sam siebie kontrolować. Znacznie pewniejszą
niż wtedy, gdy wypełniał misje. Pracując w terenie miał zbyt wiele okazji, by
złamać postanowienie nie zabijania bez uzasadnienia.
Przelewanie krwi jest jak narkotyk. Gdy się w tym zasmakuje, zawsze znajdzie się jakiś powód.
Przelewanie krwi jest jak narkotyk. Gdy się w tym zasmakuje, zawsze znajdzie się jakiś powód.
Naruto Uzumaki zaszczepił w nim
myśl, że może być kimś innym niż mordercą. Że może wybrać osławioną jasną
stronę mocy. I to była kusząca perspektywa, bo gdy po jednej stronie mógł
otrzymać od otoczenia jedynie wstręt i strach, które wciągały go coraz głębiej
w otchłań samotności, wybierając drugą stronę mógł zawalczyć o uznanie.
Po latach wciąż uważał, że to
dobra decyzja. Nie uwolniła go od samotności na pewnej płaszczyźnie, bo mając na
sumieniu tyle istnień i zwichrowane poglądy na rzeczywistość nie mógł oczekiwać
akceptacji. Nie ponad pewien powierzchowny poziom, na którym udawał, że jest
normalny jak wszyscy inni. Ale stosując się do społecznych norm i –
przynajmniej przez większość czasu - uznając je za własne, w jakiś sposób zredukował
poczucie alienacji. Mógł rozmawiać z ludźmi. Z niektórymi lubił rozmawiać.
Uzumaki zmienił
jego życie, dając powód do walki z instynktami. Ale jego oparciem, przyczyną,
dla której wytrwał w tej decyzji, był ktoś inny.
I ten ktoś postanowił teraz o sobie
przypomnieć, zaczepiając go na korytarzu w siedzibie administracyjnej.
Wtargnęła jak do siebie, jak
zawsze łamiąc wszystkie normy. I nie bawiła się w uprzejmości.
- Czy możesz mi powiedzieć, co
się do cholery dzieje? Dlaczego nie mam brać udziału w przesłuchaniach? To moje
zadanie.
Gaara wziął głęboki wdech, siląc
się na opanowanie.
- Nie. Twoim zadaniem jest
tłumaczenie dzieciom zawiłości pracy w terenie. Dzisiaj powinnaś być w
akademii.
Może stawiał sprawę zbyt ostro,
ale nie miał innego wyjścia.
************************************************************************
Około cztery lata wcześniej, pola treningowe w Sunagakure
To był ważny dzień. Ukoronowanie
wszystkiego, do czego dążył przez ostatnie dwa lata.
Teraz mógł udowodnić swą wartość
i stać się komuś potrzebny.
Temari i Kankuro byli pełni
obaw, ale on nie miał wątpliwości. Może chronić wioskę i z czasem,
być może, zdobyć uznanie. Może ludzie
przestaną go nienawidzić.
Zastanawiał się, z jakiego
powodu rodzeństwo próbowało go odwieść od decyzji o przyjęciu funkcji Kazekage.
Prawdopodobnie nie mają do niego zaufania. Nie był tym zdziwiony. Nie mógł ich
za to potępiać, chociaż świadomość, że w niego nie wierzą, powodowała w nim
dziwne uczucie. Czuł się zawiedziony. Podobno w rodzinie należy
się wspierać i ufać sobie nawzajem.
Kankuro i Temari byliby naiwni, gdyby pokładali w nim zaufanie. Można wierzyć w
młodszego brata, ale nie w młodszego brata – świra. Aż za dobrze rozumiał ich
wątpliwości. Chociaż miał przed oczami cel, czasami pokusa zrobienia czegoś
nieprzemyślanego, moralnie nagannego, lecz satysfakcjonującego, była bardzo
silna.
Zabijanie wciąż przynosiło mu satysfakcję.
Ten rodzaj udowadniania własnej wartości to coś, od czego łatwo można się uzależnić.
Gdyby był na ich miejscu, też by
sobie nie ufał. Znając siebie, miewał wątpliwości. Nie był
pewny, czy przez resztę życia zdoła powstrzymać ogarniające go czasami
pragnienie zabijania. Pragnienie wyładowania frustracji w najbardziej
prymitywny i społecznie nieakceptowany sposób. Nie był pewny, czy za każdym razem będzie w
stanie zapanować nad wpływem Ichibiego. Nie był nawet pewny, czy tym, co
podpowiada mu, że zabijanie jest dobrym sposobem na oczyszczenie się z
negatywnych emocji, jest Shukaku. Może bez demona byłby takim samym
potworem.
Jednak był zupełnie pewny, że
niezależnie od tego, co wywołuje w nim żądzę zabijania, będzie w stanie nad nią
zapanować tak długo, jak długo będzie w stanie przywołać
wspomnienie dziewczyny, która uświadomiła mu, że wszystko jest kwestią wyboru.
Miał kilka okazji, żeby ją zabić
i za każdym razem pragnął to zrobić. Ale podjął inną decyzję. Nie
wiedział, dlaczego, ale to nie było ważne. Istotne było to, że nawet wtedy, gdy
pożądał krwi, mógł wybrać inaczej.
Gdy to sobie uświadomił, nie od
razu, ale po latach, mógł uczynić użytek z tej wiedzy. I bardzo mu się
przydała, żeby przekonać innych – i siebie – że potrafi się kontrolować. Nie
odbierał życia, gdy to nie było konieczne, chociaż przy wykonywaniu misji
okazji było wiele. Setki osób, które spotkał i które nie były po jego
stronie. Shukaku – a może on sam - pragnął ich krwi.
Wtedy przypominał sobie
dziewczynkę z czarnym warkoczem przewiązanym idiotyczną białą wstążką. Dziewczynkę, której postanowił nie zabijać. I
widząc innych obcych ludzi podejmował taką samą decyzję.
Uciszyć żądzę mordu i pozwolić
innym żyć.
Dziewczynka wciąż mieszkała w
wiosce i czasami ją widywał. Czasami, gdy wydawało mu się, że potrzeba
zabijania rośnie, obserwował z odległości jej treningi.
Wciąż była słaba w walce, z
pewnego punktu widzenia niepotrzebna. Ale nigdy więcej nie pragnął jej zabić. Z
jakiegoś powodu obserowanie jej wyzwalało go od niepokoju i całej plątaniny różnych emocji,
które sprawiały, że chciał coś – albo kogoś – zniszczyć.
Miał wobec niej dług wdzięczności. Nigdy nie
uświadamiał sobie tego tak wyraźnie, jak tego dnia, gdy został wybrany
Kazekage. To był powód, dla którego pomyślał, że wypada z nią chociaż raz
porozmawiać. Nie rozmawiał z nią nigdy, ale wykorzystywał ją, żeby uciszyć
emocje. To wydawało się nie fair, dlatego teraz, na zakończenie pewnego etapu
życia i rozpoczęcie innego, należało to naprawić.
Powinien jej podziękować. Będzie
zdziwiona, bo nawet go nie znała, ale porozmawianie z nią wydawało się właściwą
rzeczą do zrobienia. To kwestia dobrych manier.
Dziewczyna pewnie pomyśli, że
jest szalony. Pozostawało mieć nadzieję, że
się go nie wystraszy.
Chciał ją zaczepić w środku dnia, na polu treningowym, żeby nie spanikowała, mimo że miał opinię mordercy. I mimo tego, że przeraził ją kilka lat temu, gdy spotkali się po raz pierwszy – i, właściwie, jedyny.
Chciał ją zaczepić w środku dnia, na polu treningowym, żeby nie spanikowała, mimo że miał opinię mordercy. I mimo tego, że przeraził ją kilka lat temu, gdy spotkali się po raz pierwszy – i, właściwie, jedyny.
Powinien pominąć informację, że
czasami ją obserwował. Jeśli to zrobi, z pewnością ją przerazi.
Próbował uporządkować w myślach to,
co ma powiedzieć i sformułował kilka prostych zdań. Nawet w jego głowie
brzmiało to beznadziejnie, ale wiedział, że nic mądrzejszego nie wymyśli. Nie
miał doświadczenia w rozmawianiu z ludźmi, szczególnie dziewczynami. Zwłaszcza
z dziewczynami, które noszą wstążki we włosach.
W jego wyobraźni zawsze miała
wstążkę.
Gdy zobaczył ją na polu
treningowym, nie nosiła żadnych ozdób. Była ubrana w przepisowy strój kunoichi,
żadnych błyskotek. Tak być powinno, bo przecież trenowała. A jednak czuł się zawiedziony.
Poczuł większe rozczarowanie,
gdy zorientował się, że nie jest sama. Rozczarowanie i gniew. To drugie
uczucie go zdezorientowało, bo dziewczyna ze wstążką nigdy nie wywoływała
w nim takiej emocji – jednej z tych, które bał się odczuć, bo wiedział, jak
może się to skończyć.
Towarzyszył jej Shihara, syn
szefa jednostki specjalnej. I to jego winił za negatywne uczucie.
Harada i Shihara. Podobno
ostatnio wywołali skandal. Temari, gdy z nim kiedyś rozmawiała i wpadła w
to irytujące typowo dziewczyńskie gadanie – takie, które zawsze powodowało, że
wyłączał uwagę i z uprzejmości udawał, że jej słucha – powiedziała coś o
Shiharze, z którym była jakiś czas w drużynie. Podobno znalazł miłość i jest
nią ta dziewczyna. Obca, niechętnie tolerowana w wiosce, dlatego wszyscy o tym mówili.
Nie mógł myśleć o Shiharze bez gniewu. Co to znaczy, że on ją znalazł. To tak, jakby chciał mu ją odebrać.
I rzeczywiście odebrał.
Dotarło to do niego teraz, gdy zrozumiał, że nie dostanie szansy, by z nią porozmawiać. Dziewczyna
jest zajęta treningiem. Z nim.
Poczuł pragnienie, żeby zabić.
Było tak dojmujące, że niemal pozwolił mu sobą zawładnąć. Odzwyczaił się od zwalczania
żądzy krwi – odkąd postanowił wybrać ścieżkę Uzumakiego, ścieżkę właściwych rzeczy do zrobienia, pragnienie mordu nigdy nie
opanowało go w takim stopniu.
W takim momencie powinien myśleć
o niej, ale to go wcale nie uspokajało, bo nie mógł jej zobaczyć. Nie samą. Tylko
z nim.
Żeby było jak dawniej,
musi wyeliminować drania.
Spodobała mu się ta myśl. To nie
będzie tylko poddanie się żądzy mordu, to wybór. Shihara ją kocha. Jest przeszkodą.
Wuj Yashamaru mówił, że
miłość to uczucie, które czyni ludzi silnymi. To uczucie, gdy jedna osoba
potrzebuje drugiej. Dzieli z nią radości i smutki. Żadne nie jest samotne, bo są razem.
Jeśli Temari mówiła prawdę, Shihara
potrzebuje dziewczyny ze wstążką. To bardzo dobry powód, żeby go zabić.
Shihara i Harada. On kocha ją, ona kocha jego. Głupia dziecinna rymowanka, którą niedawno śpiewały dzieciaki na ulicy.
Więc ona też go potrzebuje.
Gaara nie myślał wcześniej, że tego dnia zamiast podziękowania będzie musiał zdecydować się na pożegnanie. Ale to było jasne - jedyną właściwą rzeczą w tej sytuacji było zapomnieć o dziewczynie. Nie mógł dłużej wykorzystywać jej jako powodu swoich decyzji.
Został Kazekage i musi zostawić tamto życie za sobą, także ją... Oby odeszło też pragnienie zabijania.
***
Sunagakure, czas teraźniejszy
Sunami raczej nie wpadała w gniew. Nikomu źle nie życzyła. Bywała wybuchowa, ale na palcach jednej ręki mogłaby
policzyć sytuacje, gdy miała ochotę kogoś zaatakować.
Brzydziła się przemocą. To wbrew
wskazaniom buddyzmu. Wbrew ideałom ahimsy.
Mimo to czasami myślała, że
poczułaby się lepiej, gdyby przyłożyła Gaarze.
Tym razem, gdyby nie zmusiła się
do zebrania w sobie resztek silnej woli – i resztek godności – z pewnością
skończyłaby w areszcie. Miała ochotę go uderzyć. Potem siebie, dla
otrzeźwienia. Gdyby to nie poskutkowało pewnie trudno byłoby opanować chęć,
żeby go przytulić.
Wydarzenia ostatnich kilku dni
to było dla niej za dużo. Od tamtej nocy go nie widywała, a teraz stanęła z nim
twarzą w twarz i to spowodowało, że nogi się pod nią ugięły. A on, jak zawsze,
był zimny – nawet pod płaszczykiem uprzejmości był szorstki i bezduszny,
jakby chciał ją odepchnąć. Jak zawsze, zachowywał się i mówił jak człowiek,
który nad nią góruje i chce pokazać, gdzie jest jej miejsce.
Z dzieciakami, w akademii.
Mimo to wciąż nie była pewna,
czy wolałaby go objąć, czy spoliczkować.
Chyba jest szalona. Lata
tłumienia uciążliwych umiejętności nie przeszły bez echa. Najpierw, jako
dziecko, poświęciła wiele godzin medytacji, by zamknąć się na napływające z
zewnątrz, próbujące się czasem do niej przedostać jego negatywne emocje. A teraz, za każdym razem, gdy go widziała,
próbowała wychwycić cokolwiek, co by świadczyło, że Gaara jakieś emocje jeszcze
ma. I nie wychwyciła prawie nic. Słabe refleksy, jakby prawie nic nie czuł, a
jeśli już, to w stłumionej wersji. Tak efektywnie krył uczucia w sobie, że zastanawiała
się, czy w ogóle jest ich świadomy. Czy cokolwiek jest w stanie go rozbawić lub
rozgniewać.
A może jego umysł to wszystko
lekceważy, odrzuca każdy emocjonalny bodziec jako niepotrzebny balast. To na pewno ułatwia
traktowanie ludzi wokół, jakby mu przeszkadzali.
- Byłam dzisiaj w akademii.
Przeprowadziłam lekcję – powiedziała, siląc się na spokój.
To drugie zdanie było
powiedziane trochę na wyrost. Nie zrealizowała materiału, bo dzieciaki wcale jej nie słuchały. Przez to będzie musiała tam
wrócić.
Myślała jednak, że to niepełne
wykonanie zadania w niczym nie przeszkadza. Tak czy inaczej, zdrajcy muszą być przesłuchani.
Zwłaszcza Yuji.
Gaara chyba nie będzie próbował
jej wmawiać, że tak nie jest.
- Przecież liczy się czas.
Naiwnością jest myśleć, że Yuji wszystko wyśpiewa, nieważne jakich środków
użyjecie.
- Mamy wystarczające środki.
Dzisiaj przesłuchanie prowadzi Kankuro, jutro przybędzie delegacja
z Konohy – odparł Gaara, takim tonem, jakby tłumaczył coś rozkapryszonemu
dziecku.
Cudownie. Geniusze z klanu
Yamanaka. Może ta irytująca trzpiotka Ino.
Sunami nigdy wcześniej o niej w
ten sposób nie myślała, ale teraz blond kunoichi z Konohy budziła w niej wyłącznie
antypatię.
- Posłaliśmy po delegację z
Konohy? – zapytała.
A więc Gaara naprawdę zamierzał
ją odsunąć od sprawy i to sobie zaplanował jeszcze zanim udało się zdemaskować
Yujiego. Jej, oczywiście, o niczym nie powiedziano, bo zamiast interesować się
sprawami wioski powinna ograniczyć się do archiwum i akademii.
- Ja posłałem po delegację z
Konohy. Ja podejmuję decyzje. Nie nadużywaj mojej cierpliwości i wróć do swoich
obowiązków – odpowiedział Gaara lodowato.
Oczywiście, musi
podkreślać, że to jego wioska, a ona jest w Sunagakure obca i niepotrzebna.
Problem w tym, że chciała być
potrzebna tej osadzie.
- Idź do diabła – powiedziała i
odwróciła się na pięcie.
To obraza majestatu, oczywiście.
Nie dbała o to. Jeśli chce, niech wyciąga konsekwencje.
Miała już serdecznie dość Gaary i jego
piekielnej wioski.
*************************************************************
*************************************************************
Około cztery lata wcześniej, pola treningowe w Sunagakure
Kenzou usiadł na głazie i wziął
do ręki butelkę z wodą. Sunami usiadła obok.
- Dlaczego się wściekasz? –
zapytała.
Nie miała pojęcia, co robi źle,
bo walka wręcz wychodziła jej coraz lepiej. Pewnie, że za nim nie nadążała. Ale
on jest wybitnym shinobi, do cholery.
Ona może być przeciętna. Nie
musiała się wyróżniać. Wypełniała średniej rangi misje, bezpieczne, takie, w
czasie których nie musiała łamać zasad buddyzmu. Kenzou nawet zastrzegł jej w
umowie, żeby nie musiała zabijać.
Ludzie, którzy się wyróżniali,
brali udział w najważniejszych sprawach wioski. Byli bardziej potrzebni, ale wiedzieli
też, że poważnie narażają życie. I czasami muszą je odbierać innym.
Brała udział w kilku starciach i
widziała, jak się umiera. Od osób, które walczą o życie i tych, które je tracą,
emocje emanują znacznie silniej. Nie potrafiła ich zablokować.
- Nie wściekam się –
odpowiedział Kenzou.
- Kłamiesz – skomentowała.
Zwykle w takich sytuacjach
ignorował jej pytania. Ale teraz napił się wody, odłożył butelkęi spojrzał na
nią poważnie.
- Zdajesz sobie sprawę, w jak
trudnej jesteśmy sytuacji? – zapytał. – Lata zaniedbań, podporządkowywania się
możnym z kraju Wiatru, nie przeszły bez echa. Nasz system szkoleń jest
beznadziejny. Wojownicy spoczywają na laurach, są zadowoleni ze średniej jakości
zadań, bo płaca jest wystarczająca. Konoha inkasuje wszystkie ważniejsze misje.
To doprowadzi do upadku, bo shinobi musi całe życie podnosić umiejętności.
Nie pierwszy raz to słyszała.
Kenzou tak strasznie przejmował się potęgą osady, że czasami sprawiał wrażenie,
jakby miał obsesję.
Może do pewnego stopnia miał
rację. Ale przecież nie od niej powinien oczekiwać reakcji. Ona jest tutaj
przypadkiem i pewnego dnia może jej tu nie być. Suna nie jest jej domem.
Wolała mu o tym nie przypominać. Kenzou wściekłby
się, gdyby użyła argumentu, że nie będzie dla nich zabijać. Nie chce się
nauczyć, jak pozbawiać kogoś życia.
- Chyba przesadzasz, bo teraz
wszystko będzie lepiej – odpowiedziała. Ostatnio w całej wiosce zapanowała atmosfera
entuzjazmu. Podszytego wątpliwościami, ale jednak entuzjazmu. Tylko Kenzou jest
jak zwykle sceptyczny. – Macie nowego Kazekage. On was ochroni.
Wydawało jej się to oczywiste.
Przecież wszyscy twierdzą, że Gaara jest niepokonany i przywróci w wiosce
porządek. Podskórnie wielu się obawia, że mógłby zawieść pokładane w nim
zaufanie, ale na pewno z czasem się przekonają. Przestaną opowiadać bzdury o
jednoogoniastej bestii.
Wczytywanie się w jego emocje
byłoby nieuczciwe, a poza tym trudne do wykonania, bo od dzieciństwa widziała
go tylko parę razy, przez chwilę. Ale sądziła, że nie musi znać jego emocji,
żeby wiedzieć, że nie jest… tym, za co go uważano. Nigdy tym nie był. Był
zagubionym dzieciakiem, który nie miał celu, a teraz dostał szansę.
Wioska na pewno będzie
bezpieczna z nowym Kazekage.
Kenzou prychnął z irytacją.
- Uważasz, że tylko lider stanowi
o sile wioski? Może o tym nie wiesz, ale dwóch ostatnich zamordowano. Bo
najlepszym sposobem, żeby podbić wioskę, jest ją osłabić. I dopiero wtedy
atakować. Istnieje powód, dla którego przysięgamy za cenę własnego życia
chronić zarówno osadę, jak Kazekage.
Jego słowa były logiczne. I nie
do zaakceptowania.
Przecież wszyscy wiedzieli, że
Gaara jest niepokonany.
- Tak, ale…
- Każdego można zabić, to
kwestia metody – uciął Kenzou, który już wpadł w ten swój nieznośny ton
mentora. – Dlatego o sile wioski nie stanowi dowódca tylko każdy wojownik z
osobna i wszyscy jako całość. Ale u nas już się tak utarło, że idzie się na łatwiznę.
I ty również idziesz na łatwiznę. Przede
wszystkim ty. Egzamin na chuunina zdałaś tylko dzięki szczęściu i jesteś
zadowolona. Jeśli nie zdecydujesz się na operowanie czakrą, nie masz co marzyć
o zostaniu jouninem. Ani teraz, ani za dziesięć lat.
Stara śpiewka.
- Nie chcę zostać jouninem.
Tego egzaminu nie można zdać
dzięki szczęściu. Trzeba zabijać albo przynajmniej być gotowym na to, by zabić.
Irytacja i gniew płynące od
Kenzou stały się jeszcze intensywniejsze.
- Właśnie przez to nastawienie
nigdy nie będziesz kunoichi. Jesteś tylko zatrutą pacyfistycznym myśleniem
dziewczynką, której się wydaje, że jakimś cudem prześlizgnie się przez świat,
do którego nie pasuje. Nie jesteś i nie będziesz pożyteczna. Gdy wróg zaatakuje
wioskę, spróbuj go rozbroić empatią. Albo, jeszcze lepiej, wymódl dla nas łaskę
u tego twojego bożka.
Rozumiała jego punkt widzenia. Wiedziała, że ma rację.
Ale nie chciała zapominać, kim jest, ani zmieniać się dla dobra sprawy, która jej nie dotyczy. To nie była jej walka.
Wtedy sądziła, że nic nie skłoni jej do zmiany zdania.
Więc Sunami jest jakąś sekretną miłością Gaary z dzieciństwa? Łoo... to ciekawy obrót sprawy.
OdpowiedzUsuńMoże później pokuszę się o dłuższy komentarz.
Powodzenia i weny życzę.
Noo. Coś tam było, ale czy to miłość? Gaara na pewno tak nie uważa :D
UsuńNie naciskam na komentarze, wiem, że sesja w toku :)