Mam nadzieję, że jakoś się trzymacie mimo upału. Odwiedziliście jakieś ciekawe miejsca w wakacje?
Zapraszam do lektury.
Wioska Piasku nie była jedynym skupiskiem
ludzi na pustyni, ale jako jedyna nie była położona na obrzeżach i ze
wszystkich siedlisk była największym. Poza shinobi z Sunagakure na stałe na
pustyni mieszkali już tylko Azurowie i kilka malutkich społeczności
koczowniczych.
Konieczność
częstej zmiany miejsca pobytu miała swoje wady, ale tym razem działała na korzyść
małych grup próbujących żyć na pustyni. Sunami była pewna, że mistrz Hakujo i
gromada jego usłużnych żołnierzy nie przepuściłaby nikomu, kogo spotkaliby w
drodze.
Dopiero
po wielu godzinach intensywnego marszu, w rejonie, gdzie już właściwie kończyła
się pustynia i można było dostrzec pasy zieleni, natknęli się na zamieszkałą
osadę.
Zrównali
ją z ziemią.
Sunami
spodziewała się, że Piraci będą kontynuować rajd, tym razem przez kraj ognia,
ale oni - jakkolwiek w tych okolicznościach wydawało się to absurdalne -
postanowili się naradzić.
Została
zamknięta w jednym z nielicznych ocalałych budynków. Była to prosta drewniana
chata, którą splądrowano, ale chyba niewiele cennych rzeczy można było w niej
znaleźć.
Sunami
została przywiązana sznurem do nogi wielkiego łóżka - chyba jedynego mebla w
całym pomieszczeniu, które zachowało się w całości. Nie skrępowano jej nóg i
natychmiast zaczęła szukać pomysłu, jak wyplątać się z tej sytuacji.
Była
pochłonięta obsesyjną myślą o ucieczce. Tak długo, jak koncentrowała się na tej
jednej rzeczy - analizie otoczenia i tego, co może wykorzystać na swoją korzyść
- mogła odsuwać od siebie wszystko inne.
Nie
potrafiła pobyć się z głowy obrazów, ale nie pozwalała sobie na odtworzenie
połączonych z nimi emocji. Wszystko, co w ciągu ostatnich kilku godzin
zobaczyła i odczuła próbowała sprowadzić do poziomu wyblakłych, pozbawionych
dźwięku klisz. Tłumiła w ten sposób nie tylko przerażenie i ból ofiar, ale
także własne emocje. Wyobraziła sobie, że zamknęła je w pudełku.
Musiała
być ostrożna, nie tylko dlatego, że nie chciała sobie pozwolić na odczuwanie
czegokolwiek. Także dlatego, że zwariowany mistrz Hakujo tylko czekał aż okaże
słabość. W momencie, kiedy stłumi w niej emocje - kiedy będzie miał do tego
okazję - zyska nad nią kontrolę.
Zdaje
się, że teraz jego największym problemem było, jak to zrobić. Ale Sunami łudziła
się myśląc, że naradzający się wojownicy na chwilę przestaną jej pilnować.
Minęła zaledwie chwila od czasu, gdy dwaj nukenini odpowiedzialni za jej
skrępowanie wyszli z pomieszczenia, a pojawił się inny - rosły mężczyzna z
ciemnymi włosami przewiązanymi w kucyk. Na ramieniu miał opaskę z odwróconym
symbolem wioski mgły.
Sunami
widziała go już kilka razy. Przewijał się gdzieś w tle, wydając rozkazy. Miała
wrażenie, że liczył się w tym towarzystwie bardziej niż pozostali - pełnił rolę
niższego rangą dowódcy. Zwracano się do niego "Min", co brzmiało
raczej jak pseudonim niż imię.
To
nie on zabił Kenzo, ale był pierwszym, który zapanował nad sytuacją. Sunami
miała na obu ramionach głębokie ślady po kunaiach, którymi Min w nią rzucił i
które w pierwszym momencie uznała za mało szkodliwe - dopóki nie zorientowała
się, że straciła możliwość manipulowania czakrą.
Teraz
shinobi zbliżył się i przyklęknął, by mieć z nią kontakt wzrokowy. Sunami,
blokując uczucia w sobie, blokowała też odczuwanie cudzych emocji, ale ten nukenin
miał wszystko wypisane na twarzy. Jego oczy wyrażały czystą nienawiść.
Shinobi
powędrował wzrokiem na jej ramię, pokryte zakrzepłą krwią, i w jego spojrzeniu
pojawił się błysk złośliwości. Sunami wiedziała, że pomyślał o tym samym, co
ona - że ją przechytrzył.
- Od początku twierdziłem, że należy nasączyć
broń roztworem amalgamatu i nafaszerować cię od wewnątrz, zablokować naczynka
przewodzące czakrę. - Powiedział to takim tonem, jakby zaczynał towarzyską
pogawędkę. - Oczywiście zastrzyk byłby bardziej oczywistym rozwiązaniem, ale,
nie wiem czy wiesz, amalgamat ma właściwości silnie toksyczne i zbyt duża ilość
mogłaby cię zabić. A w jednej rzeczy zgadzam się z mistrzem. Jesteś nam potrzebna
żywa.
Sunami zmusiła się do pogardliwego uśmiechu.
Czuła pustkę w środku, nie mogłaby się zmusić nawet do odczucia pogardy.
- "Nam"? Z wyjątkiem waszego
mistrza nikt nie ma tu nic do powiedzenia.
Nukenin wykrzywił usta w grymasie.
- Być może, niewiele - odpowiedział. - Mistrz
ma pewien zamysł i lubi wszystko zgodnie z nim realizować. Systematycznie,
według reguł, które uważa za "godne" wojownika. Jest w tym zbyt wiele
romantyzmu, nie sądzisz? Mam na myśli to, że najpierw dostałaś piękny naszyjnik,
dopiero potem toksynę blokującą czakrę bezpośrednio do organizmu. Ale teraz już
nie skorzystasz ze swoich sztuczek. Nie w najbliższym czasie, a jest bardzo
prawdopodobne, że nigdy. Nie testowałem długoterminowych efektów działania
amalgamatu na żywy organizm.
Shinobi powiedział to sądząc zapewne, że ją
zmartwi - jednak mu się nie udało. W tej chwili Sunami miała poważniejszy
problem niż to, że nie będzie mogła używać technik manipulowania czakrą.
- Wiesz, twój chłopak uciekając z naszych
szeregów, zniszczył także moje laboratorium - oświadczył shinobi
niespodziewanie.
- Kenzo - powiedziała Sunami do siebie. Miała
kłopot z przyzwyczajeniem się, że wszyscy wokół uważają go za jej chłopaka.
Kenzo nie żyje. Pamiętała, że towarzyszyło mu
głównie zdziwienie. W ogóle nie brał pod uwagę, że mógłby zginąć.
Wszystkie
negatywne emocje związane ze śmiercią Kenzo były jej, nie jego. On nie zdążył
sobie uświadomić, że umiera.
Może dlatego nie potrafiła przestać o tym
myśleć. Mogła zablokować emocje i nie czuć - ale nie potrafiła wyrzucić ze
świadomości, że Kenzo zginął, w takim samym stopniu przez nią jak przez własną
brawurę. I jeśli jakimś cudem uda jej się wybrnąć z tej sytuacji, będzie
musiała z tym żyć.
- Miał umrzeć powoli i boleśnie, ale stało
się inaczej, z twojego powodu - kontynuował nukenin. - W takim razie, żeby było
uczciwie, moja zemsta dosięgnie ciebie.
Sunami
chciała udzielić mu jakiejś aroganckiej odpowiedzi, ale musiała się pohamować.
Facet, przynajmniej teraz, nie był kontrolowany przez szefa-marionetkarza i
mogłaby go sprowokować. A w tej sytuacji, z ciasno związanymi rękami i bez
możliwości kontrolowania czakry, nie mogła się bronić. Musiała najpierw
wymyślić, jak się uwolnić.
Shinobi
zbliżył się, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Jednocześnie położył rękę na
jej udzie.
Powtarzała
sobie w myśli, że musi zachować spokój - właśnie dlatego, że nukenin chciał ją
zastraszyć. Nie mogła sobie pozwolić na strach - nie mogła sobie pozwolić czuć
cokolwiek, bo wiedziała, że jeśli straci nad sobą panowanie wypłyną na wierzch
emocje, które wchłonęła.
-
Zamykając w sobie emocje, opóźniasz wykonanie naszego planu – powiedział mężczyzna,
jakby sama tego nie wiedziała. - Wydaje ci się, że rozdajesz karty, ale każdego
można złamać. Najwyżej otworzymy cię tradycyjnymi metodami.
Sunami doskonale wiedziała, jakie to
"tradycyjne metody". Piraci nie hamowali się podczas plądrowania
wioski. Otrzymali wyraźny rozkaz zabijać tak, by każda z ofiar umierała długo i
wiedziała, że umiera. Byli jak wygłodniałe zwierzęta, które spuszczono z
łańcucha. Mistrz Hakujo wiele ryzykował, otaczając się najgorszymi oprychami z
wiosek, ale najwyraźniej wierzył, że
jego moc kontrolowania emocji każdego utrzyma w ryzach. Że nie można jej
złamać.
Sunami
miała koncepcję, jak prawdopodobnie można było wyzwolić się spod jego wpływów,
ale nie miała ochoty sprawdzać, czy ma rację.
Chociaż
nie pozwalała sobie na odczuwanie emocji, jej organizm reagował fizycznym
wstrętem na bliskość wyrzutka z wioski Mgły..I przyspieszonym biciem serca, tak
jakby komórki ciała przeszywał strach, którego nie dopuszczała do mózgu i
którego nie pozwoliła sobie świadomie odczuwać.
Nukenin
przyglądał jej się z zaciekawieniem, jakby była nietypowym okazem dzikiego
zwierzęcia. Jednocześnie przesuwał dłonią na jej skórze, po zewnętrznej stronie
uda, coraz bardziej do wewnątrz, i testował jej reakcję. Nie pozwoliła sobie
się wzdrygnąć, chociaż miała wrażenie, jakby dłonie tego mężczyzny zostawiały
na niej niewidzialne, lecz palące znaki.
Może
zastanawiał się nad tym samym, co ona - czy musiałby ją skrzywdzić fizycznie
czy wystarczyło ją przekonać, że jest do tego zdolny. Zdroworozsądkowo, Sunami
była przekonana, że nawet on nie odważyłby się czegokolwiek robić bez polecenia
swojego szefa. I teraz tylko zdrowy rozsądek powinien mieć dla niej znaczenie.
Ale uczucia obrzydzenia i strachu były schowane płytko pod powierzchnią i ten
osobnik mógłby przemocą je z niej wyciągnąć. Ona to wiedziała, jednak nie mogła
pozwolić, by nukenin miał takie samo przekonanie.
Nachyliła
się w jego stronę, jakby nie przeszkadzało jej, że się do niej dobiera, i jakby
nie sprawiało jej żadnej różnicy, czy będzie bliżej niego.
- Możesz spróbować - powiedziała arogancko. -
Ale wtedy będziesz pierwszym, kogo dosięgną konsekwencje. Twój zwariowany szef
chce mnie użyć do zastraszenia całych wiosek. A ty uważasz, że nie zaczniesz
bać się śmierci kiedy przekonasz się, jak smakuje? - Odchyliła się lekko w tył,
chcąc go zmierzyć spojrzeniem z góry. - Jeśli zabiliście wystarczająco dużo
ludzi, żebym postradała rozum, przynajmniej nie będę w tym sama.
Sunami nie była pewna, czy osiągnęła taki
efekt, jakiego chciała, mimo że shinobi przestał ją dotykać. Na jego twarzy nie
było widać strachu ani niepewności, raczej zaintrygowanie. Nigdy nie zależało
jej aż tak na poznaniu emocji wroga, ale nie mogła spróbować ich odczytać. A to
oznaczało, że nie mogła też przewidzieć, co on w następnej kolejności zrobi.
Już
wcześniej przyjrzała się otoczeniu, zarejestrowała wszystkie połamane elementy
wyposażenia, które mogła wykorzystać jako broń, ale nic z tego nie było
użyteczne, kiedy miała ciasno związane ręce.
Gdyby
tylko mogła spróbować manipulować nim tak samo, jak to zrobiła wcześniej z jego
mniej doświadczonymi w walce kolegami. Takie rozwiązanie przyszło jej do głowy,
ale odrzuciła je jako zbyt ryzykowne. Po pierwsze, brakowało jej elementu
zaskoczenia. Po drugie, gdyby próbowała igrać z cudzymi emocjami, mogłaby nie
zapanować nad własnymi. Mistrz Hakujo dostałby to, czego chciał - lalkę
naładowaną negatywnymi emocjami, którą można dowolnie sterować.
Może
i tak ją dostanie. Sunami wiedziała, że nie może tłumić w sobie emocji wiecznie
ani nie może wiecznie przed nimi uciekać.
***
Kilka lat wcześniej, po wybuchu
Czwartej Światowej Wojny Shinobi
Kenzo
siedział na kamieniu i ostrzył miecz. Sunami przyglądała się temu z boku.
W
całej wiosce panowała atmosfera napięcia i czuło się gorączkę przygotowań. Ona
czuła się z tym niekomfortowo, nigdy nie lubiła przebywać w pobliżu ludzi
podekscytowanych zbliżającą się walką. Tym razem chodziło o coś jeszcze.
- Może powinnam walczyć. Zgłosić się do
któregoś z oddziałów - odezwała się.
Zaskoczenie Kenzo było łatwe do przewidzenia.
Miała wrażenie, że jej pomysł nie tylko go zdziwił, ale nawet zaniepokoił.
Chłopak odłożył broń na bok wystudiowanym, powolnym ruchem, jakby potrzebował
czasu do namysłu.
- Masz na myśli, zgłosić się do konkretnego
oddziału, żeby ubiec fakty? Nikt cię nigdzie nie przydzieli, dostałaś zadania z
dala od frontu. Zająłem się tym.
Było oczywiste, że w którymś momencie kłamał.
Sunami nie mogła być pewna, czy fałszem była jego pewność, że faktycznie nie
zostanie przydzielona do któregoś oddziału wybierającego się na front czy
przypisywanie sobie całej zasługi. Wolała myśleć, że to drugie. Kenzo zawsze
miał tendencję do przechwałek, lubił podkreślać, że użył swoich wpływów w
radzie i dzięki temu ona dostała taką, a nie inną misję - ale nietrudno było
wykryć, że wciskał jej wtedy kit. Prawdopodobnie tak naprawdę musiał prosić o
pośrednictwo brata. On sam nie miał takich kontaktów w radzie, żeby zawsze
wiedzieć, kto jakie podejmie decyzje, ani żeby na nie wszystkie wpływać.
Sunami
nie przeszkadzało to, że czasem zakłamywał rzeczywistość, żeby podbudować sobie
ego. Wszyscy używali w życiu codziennym przekłamań i wybiegów, była do tego tak
przyzwyczajona, że nie wierzyła w istnienie ludzi, którzy nie kłamią. Poza tym
to, że Kenzo udawał bardziej wpływowego niż był w rzeczywistości, w niczym jej
nie szkodziło. Przeszkadzało jej jednak,
kiedy plątał się w wyjaśnieniach, bo próbował uzasadnić jakąś decyzję, na którą
nie mógł nic poradzić - ale starał się sprawiać wrażenie, że mógłby.
- Mam na myśli, że powinnam być tam, gdzie
wszyscy inni, tam, gdzie mogę być potrzebna. Nie mogę zawsze unikać
bezpośredniej walki.
Kenzo
popatrzył na nią ostro. Coś w jej słowach go rozzłościło.
- Masz na myśli, że nie możesz zawsze unikać
trupów? Fajnie, że doszło do ciebie to, co od zawsze ci powtarzam. Ale wojenna
jatka to nie jest dobra okazja do tego, żeby zacząć się uczyć nad sobą panować.
Sunami
pod pewnymi względami się z nim zgadzała, ale to nie zmieniało stanu rzeczy.
Zawsze pozostawała na uboczu, kiedy inni ryzykowali, dostawała zadania, które
może wymagały sprytu i specyficznych umiejętności, ale nie musiała narażać
życia. Również niewiele razy zdarzyło jej się widzieć czyjąś śmierć. Kenzo
otoczył ją płaszczem ochronnym.
I
może nie powinno jej to przeszkadzać. Nigdy nie czuła potrzeby bycia w centrum
wydarzeń, nie miała ambicji wyróżniania się. Ale co, jeśli jej umiejętności
mogłyby się przydać, jeśli mogłaby pomóc Naruto?
Uzumaki
czasami potrzebował kogoś, kto poskromi jego temperament i uspokoi Kuramę, a to
chyba mogłaby zrobić. W każdym razie, Ino kiedyś to zasugerowała, gdy obie były
w wiosce Liścia. Że może, gdyby się postarała, mogłaby pomóc zapanować nad
bijuu. Obudzić go lub uciszyć.
Sunami
wówczas pomyślała o Gaarze. Akatsuki zdołało go schwytać, a on nie wykorzystał
Shukaku - i prawdopodobnie, nawet gdyby przewidział rozwój wypadków, nie
próbowałby tego zrobić. Jednak ona, gdyby była w pobliżu, mogłaby przynajmniej
spróbować obudzić potwora. Nieprzewidywalnego, niszczycielskiego, to prawda -
ale wtedy Akatsuki nie dałoby rady wyciągnąć demona z sakryfikanta. I nie
zdołaliby go zabić.
Sunami
wówczas, zamiast zrobić cokolwiek, w czasie gdy drużyna z obcej wioski ruszyła
na ratunek Kazekage, tkwiła w Sunagakure i czuła, że coś w niej umiera. Najwyraźniej
coś w umiejętnościach empatów sprawiało, że byli wyjątkowo wrażliwi na bijuu.
Skoro wiedziała, co dzieje się z Shukaku - czy też, co dzieje się z Gaarą - być
może mogła pomóc Naruto z Kuramą. Nawet jeśli prawdą było, że ostatni
sakryfikant kontrolował bestię, nie można było przewidzieć, jak potoczą się
wydarzenia. Sunami sądziła, że w przypadku kłopotów z bijuu mogłaby pomóc.
A
przynajmniej mogła być gdzieś w pobliżu ognia walki i się na coś przydać.
- Przecież Madara otoczył się ożywionymi
trupami - zauważyła przytomnie. - Oni nie umierają tak, jak zwykli ludzie. - A
przynajmniej taką miała nadzieję.
Kenzo przypatrywał jej się przez chwilę bez
słowa.
- Chciałabyś być na pierwszej linii, tak jak
kage? - zapytał z kwaśną miną. - No proszę, i to podobno ja mam przerost
ambicji.
Sunami poczuła irytację. Kenzo kpił z niej, a
ona na to pozwalała - akurat jemu w rozmowie łatwo było sprowadzić ją do roli
kapryśnej dziewczynki.
- Przestań ze mną pogrywać, dobrze? -
powiedziała ze złością. - To ty wiecznie powtarzasz, że może nie jestem
najlepsza w konwencjonalnych metodach walki, ale niekonwencjonalne też warto
wykorzystać.
Kenzo potrząsnął gwałtownie głową. On także
zaczynał tracić nerwy.
- Mogłabyś się przydać, gdybyś trenowała
panowanie nad czakrą, ale tego nie robiłaś, a teraz jest trochę za późno na
treningi - wysyczał. - Ty nie chcesz brać w tym udziału, nie masz też pomysłu, co
miałabyś robić. Po prostu chcesz tam być. I wiesz co? To jest świetny pomysł -
powiedział z przekąsem. - Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślałem?
Sunami miała ochotę go uderzyć. Wiedziała, że
Kenzo zamierza powiedzieć coś złośliwego, ale i tak zapytała:
- O czym nie pomyślałeś?
Kenzo oczywiście był pełen samozadowolenia,
ponieważ wymyślił coś, czym mógł jej dopiec.
- Że mogę pójść do Kazekage - przepraszam, do
naczelnego wodza Zjednoczonej Armii - i dać mu na talerzu receptę na wygranie
wojny. Powiem: Sytuacja jest trudna, nasze wojska nie dadzą rady, może nawet
sakryfikant Dziesięcioogoniastego nie da rady. Ale bez obaw, jest pewna
dziewczynka, która rozkleja się na widok zwłok, za to w sekundę uspokaja
płaczące dzieci. CV dopełniają cztery misje kategorii A zakończone sukcesem. -
Shinobi kontemplował przez chwilę własne słowa. - Hej, to naprawdę dobrze
brzmi. To ma szansę zrobić wrażenie.
Sunami nie wiedziała, czy jest bardziej
urażona czy wściekła. Przede wszystkim czuła się upokorzona. Powinna powiedzieć
coś zgryźliwego, ale nie miała nawet ochoty się odezwać.
Przede
wszystkim dlatego, że Kenzo miał rację. W prawdziwej walce mogła tylko
przeszkadzać. To, że nie chciała już stać na uboczu, żeby nie czuć
przytłaczającej bezsilności kiedy inni narażali życie, nie sprawiało żadnej
różnicy. Nie pomogłoby to Sabaku no Gaarze ani nikomu innemu.
Ale
jednocześnie wiedziała, że Kenzo ma złe intencje. Przez całą rozmowę kłamał.
Jakby nie miał przekonania do tego, co mówi.
Zapewne
dlatego, że wbrew temu jak poważne chciał robić wrażenie i jak ważny się
wydawać, w wiosce wiedziano, że Kazekage nie miał dobrego zdania o najmłodszym
z braci Shihara i nie znalazłby czasu, żeby z nim gadać.
- Su, nie torpeduj mnie tą wiązanką
negatywnych uczuć, jakbyś chciała mnie znienawidzić za to, że się o ciebie
troszczę. - Kenzo całkowicie zmienił ton głosu, ewidentnie dążąc do ugody. - Czy
naprawdę muszę ci przypominać, że nie powinnaś zwracać na siebie uwagi? Jesteś
solą w oku władz tej wioski i rady. Nikt tutaj nie lubi Azurów i naprawdę
musiałem się nagimnastykować, żeby nie rozwiązali z tobą umowy i nie kazali
szukać szczęścia gdzieś indziej.
Czuła,
że od jego kłamstw rozboli ją głowa, ale nie zamierzała mu ich wytykać. Niech
Kenzo zawłaszcza sobie wszystkie zasługi tego świata, w tej chwili i tak miała
go dość, niezależnie od tego, jak bardzo był z nią nieszczery.
Chłopak ze zniecierpliwieniem przewrócił
oczami.
- Nie bądź zła, Sunami, nawet przykre rzeczy
mówię tylko z troski o ciebie. Kocham cię.
Na nią te słowa podziałały jak płachta na
byka. Zerwała się gwałtownie z miejsca.
- Mylisz miłość z pragnieniem posiadania -
powiedziała opryskliwie.
Oczywiście go uraziła; oczywiście, będzie
musiała za to przeprosić, bo Kenzo wkrótce wyrusza na wojnę i kto wie, kiedy go
zobaczy. Ale w tym momencie o to nie dbała. Odeszła, nie dając chłopakowi
szansy na dalsze, głupie tłumaczenia. Nie chciała, żeby wiedział, jak bardzo
zraniły ją słowa, że tylko dzięki niemu mogła być w tej wiosce, i że wszystkim
innym przeszkadzała.
***
Z powrotem w teraźniejszości,
spalona wioska na pustyni
- Już wiem, co Kenzo tak w tobie lubił.
Jesteś drapieżna - skomentował ciemnowłosy shinobi.
Nie podobał jej się sposób, w jaki na nią
patrzył, ale przynajmniej odsunął się na trochę większą odległość i nie
próbował jej dotykać.
- Pewnie wiesz, że twój nieodżałowanej
pamięci chłopak miał obsesję na twoim punkcie. - Shinobi cedził słowa,
podkreślając każde z nich. Jakby musiał jej przypominać, że Kenzo zginął. -
Dzięki temu przysłużył nam się bardziej niż by chciał, bez niego nie
wiedzielibyśmy, że Sunagakure skrywa tak cenny skarb, którego w dodatku zbyt
wysoko nie ceni. - Uśmiechnął się nieprzyjemnie. - Dobrze się składa, że jesteś
nam potrzebna. I że nie musisz być zdrowa na umyśle. - Zbliżył ku niej twarz z
okrutnym uśmiechem. - Twój kochaś miał zginąć, wiedząc, w czyich rękach cię
zostawia. Umarł za szybko, ale to nie znaczy, że będę mniej napawać się
sukcesem.
Sunami
nie pozwalała sobie zapomnieć, że cokolwiek nukenin mówił, było policzone
głównie na to, żeby ją zastraszyć. I że właśnie dlatego został tutaj przysłany.
Może Mistrz Piratów zaczął dostrzegać, że jego plan nie jest pozbawiony wad i
szukał sposobu, żeby załatać dziury.
Nienawiść
nukenina do Kenzo była oczywista, ale Sunami wierzyła - musiała wierzyć - że
nie na tyle, żeby ją zaatakować. Przynajmniej dopóki szef mu nie pozwoli.
Powstawało
pytanie, jak wiele Piraci mieli czasu, i na jakie opóźnienie w realizacji
planów mogli sobie pozwolić. Na pewno nie była to kwestia cierpliwości. Mistrz
Hakujo nie mógł być rozzłoszczony, rozczarowany, ale mógł trzymać się
harmonogramu.
W
tej chwili, gdy Sunami patrzyła bezpośrednio w ściągniętą z nienawiści, zapalczywą
twarz renegata z wioski Mgły, zaczęła się zastanawiać, który z nich był
bardziej niebezpieczny. Ktoś, kto nie czuł żadnych emocji, ale po trupach dążył
do określonego celu czy ktoś, kto szukał zemsty i mógł wybrać ją ponad karne
wykonywanie rozkazów?
Usłyszała
skrzypienie drzwi. Nukenin cofnął się i wstał, jak ktoś, kogo nie powinno tu
być.
Ale
nie mogła mieć pewności, że przyszedł do niej wbrew rozkazom, bo na twarzy jego
starego mistrza, który właśnie wszedł do pomieszczenia, nie było nic, nawet
śladu zdziwienia.
- Wyjść.
Nukenin postąpił zgodnie z rozkazem.
Nerwowość w jego ruchach nasuwała wniosek, że rzeczywiście był tutaj wbrew
poleceniom i że nie odgrażał jej się dla osiągnięcia założonego efektu. Starała
się odsunąć od siebie tę myśl, bo i bez tego miała wystarczająco wiele
zmartwień. Przede wszystkim to, jak niewiele czasu miała na ucieczkę.
Mistrz
Hakujo rozejrzał się po pokoju, a potem usiadł na podłodze, tuż przy drzwiach.
Można było pomyśleć, że wybrał największą możliwą odległość, by dobrze ją
widzieć i ocenić jej zachowanie.
- Wybacz te niedogodności, Kali - powiedział
starzec tonem, który można było uznać za wyjątkowo grzeczny. - Przykuwanie cię
do czegokolwiek, ani krępowanie rąk, nie będzie konieczne, kiedy przestaniesz
utrudniać.
Nie powiedział "jeśli" lecz
"kiedy”, jakby już był pewny zwycięstwa. Od początku zachowywał się, jakby
jego plany nie mogły się nie udać. To pewnie było jego siłą, ale mogło obrócić
się w słabość. Jednak potrzebowała pomysłu, jak sprawić, żeby tak się stało.
- Możesz się mylić - zauważyła, chyba tylko
po to, żeby przetestować jego reakcję na własne słowa. - To, że w
przeciwieństwie do ciebie odczuwam emocje, nie znaczy, że nie mogę nad nimi
panować.
To było coś, w co chciała uwierzyć - niemniej
wiedziała, że to nieprawda. Nie mogła wiecznie tłumić w sobie emocji, jak
skrzynia z zamkniętym wiekiem. Zawsze było tak, że jeśli odczuwała zbyt wiele
skrajnych emocji - swoich lub cudzych - musiała im pozwolić znaleźć ujście.
Inaczej straciłaby panowanie - najpierw nad emocjami, potem być może także nad
swoim zachowaniem. Hakujo uważał, że wystarczająco duża dawka negatywnych
emocji odbierze jej rozum - i w to była skłonna teraz uwierzyć bardziej niż
kiedykolwiek.
Zwykle,
gdy coś ją wzburzyło do tego stopnia, że jej emocje zaczęły wpływać na
otoczenie, potrafiła to naprawić. Zamknąć się na wpływy z zewnątrz, i
odwrotnie. Wyobrażała sobie mur albo skrzynię, której wieko zamyka. Wiele razy
udało jej się w ten sposób zapobiec ekscesom, gdy była między ludźmi, szczególnie
uzbrojonymi. Takimi, którzy złość i strach, szczególnie nagłe i nieuzasadnione,
byli skłonni wyładować na otoczeniu.
Tylko
raz zdarzyło jej się, że emocji, które w sobie zgromadziła, było tak wiele, iż
nie mogła ich tak po prostu zamknąć i przeczekać aż miną. Wtedy pomogła jej
Noriko, zabierając ją z wioski na daleką wyprawę w poszukiwaniu roślin i
lekarstw. Spędziły wystarczająco dużo czasu w podróży, z dala od osad ludzkich,
żeby mogła wyładować emocje, nie tracąc nad nimi kontroli i nie emitując ich na
otoczenie. Pomogła jej w tym wielogodzinna medytacja, ale także - i w znacznie
większym stopniu - wysiłek fizyczny, bieganie aż do kresu sił. Wtedy też
nauczyła się płakać, bez robienia sobie wyrzutów, że łzy są oznaką słabości.
Wtedy,
gdy od wysiłku niemal drętwiały jej mięśnie, mogła sobie wmawiać, że płacze z
bólu. Chociaż tak naprawdę płakała nad sobą. Nad prawdą, którą pojęła - że może
być niebezpieczna dla otoczenia. I że nie będzie mogła zbyt długo przebywać w
Sunagakure, od tej pory już zawsze będzie musiała wybierać długie,
"bezpieczne" misje z dala od domu. Przynajmniej do momentu, gdy
myślenie o Gaarze - albo o tym, co wbrew logice przetrwał - przestanie sprawiać
jej ból.
Teraz
szalony mistrz Piratów zadbał, żeby odczuwała przerażenie i ból innych ludzi, a
ona zamknęła je w sobie jak w pudełku. Podobnie, jak zrobiła to z emocjami związanymi
z Kenzo. Bała się otworzyć to pudełko, chociaż gdyby zrobiła to sama,
przynajmniej mogłaby spróbować je kontrolować.
Ale
nigdy nie musiała kontrolować tak wielu emocji. Kiedy członkowie Akatsuki
porwali i zabili Gaarę, to emocje sterowały nią, nie odwrotnie. Kierowały nią
długo po tym, gdy uwierzyła, że nad nimi zapanowała. W kolejnych latach bała
się być blisko niego, ale bała się również zrezygnować z pracy dla wioski
Piasku i być tak daleko, że nie mogłaby zareagować, gdyby kolejny raz źle
oszacował ryzyko.
Do
dnia, w którym dowiedziała się, że zginęli jej przybrani rodzice. Wtedy, w
pełni świadomie, zamknęła się na niektóre emocje i miała wrażenie, że wszystko
wyblakło. A Gaara budzi w niej co najwyżej ciekawość. Dość długo udawało jej
się utrzymywać ten stan rzeczy, mimo że nagle zaczęła widywać Gaarę codziennie
- czyli dostała dokładnie to, czego się wcześniej obawiała. Ale Gaara już od
dawna perfekcyjnie panował nad swoimi emocjami. Ona, choć nie tak dobrze,
również panowała nad tym, co odczuwała.
A
w tej chwili, pierwszy raz od dawna, znalazła się w sytuacji, w której musiała
bać się własnych uczuć. I jeszcze bardziej powinna obawiać się tego, co ktoś
może z nimi zrobić.
- Jesteś zła, ponieważ twój chłopak zginął -
powiedział nagle mistrz Hakujo. Wypowiedziane przez niego bez żadnych emocji
zdanie zabrzmiało absurdalnie, prawie komicznie. Może dlatego nie mogła się
powstrzymać przed reakcją.
- Były chłopak - uściśliła.
Mężczyzna przyglądał jej się przez chwilę,
jakby ważył słowa.
- Umknął mi ten szczegół, być może istotny -
odrzekł spokojnie. - Zapewne wiesz, że był jak wszyscy inni. Twoi rodzice....
Shinobi, którzy dostrzegli w tobie potencjał, zabrali cię z sierocińca, tylko
po to, by wykorzystać cię do zdobycia pozycji w Sunagakure.
Nawet
teraz takie słowa by ją dotknęły - gdyby pozwoliła sobie odczuwać jakiekolwiek
emocje.
Odniosła
wrażenie, że Hakujo ją testował. Natrafił na mur w swoim doskonałym planie.
Spodziewał się, że kiedy jego oprychy będą gwałcić i mordować, a ona wchłonie
emocje ofiar, nie będzie w stanie nad sobą zapanować. Wtedy on zamknąłby w niej
emocje, jak w butelce, żeby dowolnie nimi manipulować.
W
ogóle nie przyszło mu do głowy, że Sunami mogła zamknąć się na bodźce płynące z
zewnątrz i na to, co miała w głowie. Ktoś powiedział staremu mistrzowi dużo na
jej temat, ale pominął rzeczy, których nie potrafił zaakceptować lub które
próbował uznać za nieważne. Jak to, że po napaści Akatsuki na wioskę i porwaniu
Kazekage - po tym, jak serce Gaary przestało bić - musiała zamknąć w sobie emocje
wystarczające, by wpłynąć na ludzi z zewnątrz i zasiać w osadzie chaos.
- Kenzo był twoim informatorem - powiedziała.
Nawet nie poczuła zdziwienia, w obecnym stanie stłumienia uczuć chyba nie była
do tego zdolna.
- Tak, był gadatliwy. Gdyby nie postanowił
wrócić do swojej wioski, schwytanie cię byłoby o wiele łatwiejsze. Wszystko się
opóźniło przez liczne, niefortunne zbiegi okoliczności.
A więc Kenzo gadał za dużo, ale jej nie
zdradził. Później może to będzie miało dla niej znaczenie. Teraz nie miało
żadnego, Kenzo i uczucia związane z jego śmiercią wydawały się odległe i
nierzeczywiste, jak prawie wszystko, o czym myślała.
- To teraz nieważne - kontynuował Hakujo.
Wiedziała, do czego zmierza. Zachowywała się inaczej niż się tego spodziewał,
więc postanowił zmienić strategię. Wcześniej jej groził, ale chwilowo wybrał
inną drogę. - Kenzo Shihara był żołnierzem Sunagakure. Lojalnym wobec wioski,
której służył. Tacy sami są wszyscy, których znasz. Ale którzy nie są twoimi
przyjaciółmi. – Wolno cedził słowa, jakby oczekiwał, że któreś z nich wywoła w
niej widoczną reakcję. - Ty i ja nie jesteśmy shinobi, jesteśmy Azurami;
dziećmi Ludu Pustyni, który się nas wyrzekł. Oboje mamy zdolności, których się
bali. Dzięki tym zdolnościom możemy podporządkować sobie tych, którzy nami gardzili.
Którzy postrzegali nas jako broń. Powiedz mi zatem, Kali, dlaczego chcesz
zostać męczennicą w imię lojalności dla wioski, w której spotkała cię tylko
pogarda? Proponuję ci coś o wiele większego. Władzę, musisz tylko
współpracować.
Sunami nie była zaskoczona. Wcześniej ją
straszył, teraz chciał ją przekupić. Ale uświadomiła sobie coś ważnego.
Mistrz
Hakujo i wszyscy tutaj mieli o niej nieaktualne informacje od Kenzo -
informacje, które nigdy nie były do końca prawdziwe. Dla nich była pariaską,
która pracowała jako najemnik wioski Piasku za grosze, i która nie miała
żadnych powodów do lojalności. Nie tylko nie spodziewali się szybkiej reakcji
ze strony Sunagakure, nie tylko nie spodziewali się pościgu. Przewidywali też,
że ona nie ma powodu chronić wioski, której służy, a już na pewno nie za cenę
życia.
Musiała
to wykorzystać, tylko jak?
- Oferta współpracy by mi schlebiała -
powiedziała powoli. - Gdyby nie nieeleganckie metody, których użyliście
wcześniej.
Mistrz Hakujo wzruszył ramionami.
- Cóż, zabijanie jest konieczne. Musisz być
zdolna do wyzwolenia z siebie emocji, które rozwścieczą jinchuuriki.
- Jakie to sztampowe - skomentowała nim
zdążyła się zastanowić. - Chyba wszyscy szaleńcy spragnieni władzy w tym
stuleciu chcieli kontrolować bijuu.
Uświadomiła sobie, co to oznacza. I że ten
plan miał większe szanse powodzenia niż okrojona wersja, którą znała wcześniej.
Mistrz
Hakujo chciał wykorzystywać ją - czy też raczej jej emocje - do siania paniki i
strachu w osadach. Uważała, że przeceniał rolę strachu. Shinobi broniący osad
nie byli tacy jak wyjęci spod prawa nukenini, wiedzieli o co walczą. Mieli
zasady, w które wierzyli. Kochali. Mieli czego bronić.
Część
z nich mogła uciekać, część pod wpływem destrukcyjnych emocji stać się łatwym
celem. Ale nie wszyscy. A jeden człowiek, który wie, dlaczego walczy i kogo
chroni, jest lepszym żołnierzem niż dziesięciu najemników, na dodatek
pozbawionych własnej woli i niezdolnych do odczuwania emocji, nawet strachu
przed śmiercią.
Więc
żeby zniszczyć wioski, mistrz oprócz strachu zamierzał wykorzystać
rozwścieczonego Dziesięcioogoniastego. Naruto. I dlatego zaczynali od Wioski
Liścia.
Naruto
był zdeterminowany, odważny i panował nad Kuramą. Czy też się z nim przyjaźnił.
Jednak zimna krew nie cechowała ani jednego, ani drugiego. Sunami była
przekonana, że jinchuurki potrafi sobie radzić sobie emocjami - ale nie takimi,
które już tłumiła w sobie. A przecież Piraci chcieli zabijać i niszczyć
wszystko na swojej drodze, zanim dotrą do Konohy.
To
ona musiała opanować te emocje. Wykorzystać je, żeby uciec. I ponownie w sobie
zamknąć.
Zyska
okazję do ucieczki, jeśli przekona mistrza, że ma on nad nią władzę i
przestanie jej pilnować, tak jak przestał pilnować swoich żołnierzy wierząc w
dominującą siłę strachu.
Sunami
wiedziała też, że żeby przekonać Hakujo o swojej podatności na manipulację musi mu oddać władzę nad swoimi emocjami.
Stary Azur, który nie znał uczuć ani emocji nie będzie się spodziewał, że ktoś,
komu odebrał emocje, mógłby wyrwać się spod jego władzy.
Więc
najszybszym sposobem na ucieczkę było zostać wypraną z uczuć lalką
marionetkarza i w najmniej spodziewanym momencie przejąć kontrolę. O ile to
możliwe.
O
ile prawdą jest to, w co zawsze chciała wierzyć - że uczucia to coś więcej niż
nietrwałe emocje. Że są ważnym elementem tożsamości. Że człowiek pozbawiony
emocji nie stanie się pozbawioną siły woli marionetką - o ile tylko ma coś
więcej. Przyjaźń. Wiarę. Miłość.
- Może jestem szaleńcem - odpowiedział Hakujo
spokojnie. - Ale z mojej perspektywy wygląda to inaczej, Kali. To ty jesteś
szalona, bo chcesz walczyć o ustalony porządek świata, w którym nie masz
nikogo. Wszyscy cię porzucili.
Sunami przez chwilę udawała, że się
zastanawia, ale podjęła już decyzję. Miała dość podążania w tym chorym
korowodzie płatnych morderców, jak owieczka prowadzona na rzeź. Musiała się
uwolnić, a żeby to zrobić, musiała zaryzykować.
I
zamierzała to przeżyć. Obiecała to Gaarze.
- Dobrze. Będę z tobą współpracować -
powiedziała. - Mam dosyć chodzenia na czyimś postronku.
Na mistrzu Hakujo odpowiedź nie zrobiła
żadnego wrażenia. Przeciwna by go nie rozczarowała. Ten człowiek był martwy za
życia.
- Doskonale. Zostaniesz rozwiązana, jeśli
udowodnisz, że można ci ufać.
Nie spodziewała się niczego innego. Hakujo
ufał tylko tym, których zniewolił, albo którzy wiedzieli, że w każdej chwili
mogą zostać zniewoleni. Sunami musiała uwolnić swoje emocje, po to, żeby stary
mistrz je zamknął - jak w butelce. To mu da poczucie pewności, że stała się
jedną z jego lalek, że nie zrobi nic, na co on nie pozwoli.
Ona
nie mogła być pewna, że Azur się myli. Ale wierzyła w to, że przywódca nie może
jej zniewolić, a już na pewno nie na długo.
Ponieważ,
mimo że była tutaj sama, i zdana na siebie, Pirat nie miał racji. Nie wszyscy
ją porzucili. Musiała tylko o tym pamiętać. I o tym, że ma dokąd wracać.
Bardzo się cieszę że w końcu coś wstawiłaś, ale liczyłam że Gaara pojawi się chociaż na moment. Mógłby w końcu uratować swoją... kochankę? dziewczynę? ukochaną? Chyba wszystko na raz i jednocześnie nic z tych rzeczy. Kenzo jakoś mi nie szkoda.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję że nie każesz nam tak długo czekać na następną notkę.
Jestem zaskoczona limitem znaków ;)
OdpowiedzUsuńCzęść I:
Jest wiele rzeczy, które chcę opisać. Przede wszystkim całość opowiadania, ale też ten konkretny rozdział. Rozpocznę od ogółu.
Całość tej serii jest strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o moje upodobania. Jest Gaara? Jest! Jest jego niezniszczona osobowość? Jest! Tyle mi wystarczy, żeby uznać jakieś opowiadanie za dobre. Ale gdybym na tym zakończyła, byłabym niesprawiedliwa. W przypadku niektórych czytanych przeze mnie blogów pojawia się pewien problem, dylemat. Być może i Ty byłaś w trudnej sytuacji, jak rozegrać pewną kwestię, a może od początku byłaś w stanie rozwiązać tę zagwozdkę.
Tym problemem, dylematem zawsze w moich oczach było rozegranie i rozplanowanie charakteru Gaary – jego zachowań, przemyśleń, uczuć – i połączenia tego z wątkiem miłosnym. W końcu… ktoś o tak trudnej przeszłości nie może z łatwością nawiązywać więzi. Nie może tak po prostu spojrzeć na jakąś osobę i zdecydować – podoba mi się, może zostaniemy parą. To całkiem psuje jego osobowość, ale też głębię i złożoność jego charakteru. Podczas moich prób, które podejmowałam wiele lat temu zawsze przegrywałam z kretesem – jak utrzymać Gaarę i jednocześnie wpleść emocje? W tym jednym opowiadaniu, które do teraz ciągnę, od początku musiałam zrobić pewien kompromis – spłycić nieco jego osobowość, ale w zamian dać możliwość rozwinięcia się uczuć między bohaterami tak, by nie było to kompletnym absurdem. Dopiero po pierwszej lekturze tego bloga zrozumiałam, że istnieje możliwość, że da się przez długi czas bawić się postaciami i nie niszczyć mojego ukochanego Kazekage. Za ten pokaz możliwości jestem Ci niezwykle wdzięczna.
Przestanę może pisać o Gaarze, bo okaże się, że jestem psychofanką z zaburzoną percepcją świata, w której to jest on epicentrum. Zapewniam, nie jestem w aż tak złym stanie. To teraz kilka słów o innych bohaterach. Irytowały mnie zazwyczaj partnerki Gaary (a paring z Matsuri uznaję za bluźnierstwo). Były one albo na siłę przerysowane, żeby nie sprawiać wrażenia, że w związku jest on dominującą personą. Zazwyczaj autorki/autorzy nie byli w stanie udźwignąć tego, bo oznaczałoby to niezwykle burzliwy związek, w którym nie widziałabym żadnych płaszczyzn porozumienia. Z drugiej strony niektórzy stawiali na niesamowicie mdłe bohaterki, bez wyraźnie określonej osobowości (przyznaję się do grzechu w większości moich opowiadań). W przypadku tej historii jest to nieco zrównoważone, dobrze zbalansowane. Sunami jest gotowa na ustępstwa, ale też nie jest przeciwnikiem w związku gotowym wiecznie kąsać i dążyć do dominacji. Zdecydowanie nie jest szarą myszką z pokorą przyjmującą swój los, ale też nie jest karykaturalną papugą stworzoną jedynie z kontrastów, mocnych cech i awanturniczego sposobu bycia. Uważam, że stoi ona mniej-więcej pośrodku z lekkim odchyłem w stronę silnego charakteru. To zdecydowana zaleta.
Część II:
UsuńPozostałe postaci trudno mi opisywać, bo nie odczuwam do nich zbyt silnych emocji. Ani sympatii, ani niechęci. Kankuro jest jedynym, wyraźnym wyjątkiem. Uwielbiałam pozę, którą przybrał w większości fanficów. Bardzo pasuje mi do niego łatka kobieciarza, sama również w ten sposób go opisuję. Ale tutaj zaskoczyłaś mnie – zdecydowałaś się go skrzywdzić i włożyć w rolę męża. Początkowo nie trafiał do mnie ten manewr, ale z czasem, jak docierałam dalej, przekonałaś mnie. Może nie na tyle, że zmienię cokolwiek w swojej wersji, ale na tyle, że uznaję to za ciekawy i dobrze przemyślany pomysł (chociaż… Kankuro ojcem? To wywołuje u mnie lekki uśmiech). Reszta postaci zdaje się być (w moich oczach oczywiście) tłem. Mają one swoje chwile, na pewno nie są jedynie zapełnieniem rozdziałów, ale nie urzekła mnie żadna. Nie wiem, w jaki sposób wpadłaś na pomysł wątku Kenzo. Nie wiem, czy od początku planowałaś tak stworzyć tę postać, ale to w niej znajduję najwięcej chaosu. Mam wrażenie (może mylne), że czasem zmieniałaś zdanie co do niego. Nie zepsuło to (broń Boże!) jego historii, tylko wywołało we mnie dość sprzeczne sposoby postrzegania go. Ale to raczej zaleta – nie jest to postać jednowymiarowa. Wątek Temari i Shikamaru trafia i nie trafia do mnie w tym samym czasie. Jak to jest możliwe? Ciężko to wytłumaczyć. Trafia do mnie wahanie Temari, a patrząc, że to akurat jest bardzo dominująca osobowość ze skłonnościami neurotycznymi, jest to tym bardziej zrozumiałe, że miota się w sytuacji, w której nie może być panią sytuacji. Ale… zabrakło mi pewnej iskry pomiędzy nią, a Shikamaru. To tyle jeśli chodzi o postaci.
Przechodzimy teraz do rozdziału i samej historii. Pod rozdziałem XV padło oskarżenie, że ciągniesz tę historię na siłę, a i Ty przyznałaś się do tego. Przyznaję, da się to wyczuć w tamtej notce. Ale teraz jest lepiej. Historia wciąga, nieco zmusza odbiorcę do myślenia, a Sunami (na szczęście!) nie wpada na genialny plan i łatwo go realizuje. To by zniszczyło dramaturgię ;) Przemyślenia bohaterów zawsze najlepiej mi się czytało i pisało, więc brak wielu dialogów daję jako ogromny plus dla tej notki. Mam nadzieję, że nie tylko uda Ci się skończyć tę historię, ale też da Ci ona wiele satysfakcji.
Życzę weny!
Wszelka krytyka jest słuszna, nie powinnam planować aż tak wielu elementów w jednym ff, bo wyszło na to, że piszę go już lata - a gdy nie ma regularności w dodawaniu postów mało jest też komentarzy i tym mniejsza motywacja, by pisać dalej. Mam nadzieję że uda mi się skończyć tę historię i że zakończenie będzie na poziomie. Bardzo cieszy mnie Twój wnikliwy komentarz. I życzę powodzenia w pisaniu :)
Usuń