wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 4.




Kankuro wrócił do domu wieczorem, zmęczony. Marzył tylko o tym, by wziąć gorącą kąpiel i wskoczyć do łóżka. Z chęcią przespałby ze dwa dni. Misja średniej rangi, która miała polegać tylko na zbieraniu informacji, przeciągnęła się niespodziewanie. Na dodatek w drodze powrotnej natknęli się na dużą grupę rebeliantów. Niepokojące, że zaczynają pojawiać się coraz bliżej Sunagakure.
Niestety, żadnego z terrorystów nie udało się schwytać żywcem. Znowu porażka. Ranni zawsze połykali truciznę, by nie mogli zostać przesłuchani. Było to irytujące, tym bardziej, że ostatnio stworzył nową lalkę do tortur, specjalnie z myślą o Piratach. I nie miał okazji jej wykorzystać.

    Gdy Kankuro wyszedł z łazienki i przechodził przez kuchnię, by udać się wprost do sypialni, usłyszał łomotanie do drzwi.
Tylko jedna osoba mogła być tak niedelikatna. Gdy drzwi się otworzyły wiedział doskonale, kto w nich stanie.
I nie mylił się. Temari wparowała do kuchni, nie czekając aż zostanie zaproszona. Jak zwykle jej się spieszyło. Na dłuższą metę jej sposób bycia był nie do zniesienia. Kankuro przeklinał w duchu jej niecierpliwość. Była uciążliwa szczególnie wtedy, gdy gościł w domu kobietę.
Niestety, jego siostra należała do osób, które nie zwracają uwagi na upomnienia. Na dodatek uważała, że wszystko jej ujdzie płazem, bo jest starsza.
- Witaj, Kankuro – powiedziała. Bezceremonialnie weszła do jego mieszkania i usiadła na krześle przy stole kuchennym. – Słyszałam, że mieliście nieprzewidziane kłopoty. Czy mimo wszystko misja okazała się sukcesem?
Kankuro skrzywił się. Nie mógł użyć słowa „sukces” gdy zginęli dwaj jego podkomendni.
Usiadł przy stole.
- Zebrałem informacje, na których nam zależało – odpowiedział oględnie. – Tak, jak myśleliśmy, Piraci zaczęli działać. Wychodzą z ukrycia. Zrekrutowali sporo ludzi w sąsiednich krajach. U nas chyba skończyli łowy.
Temari oparła łokcie o stół.
- Przestają dbać o dyskrecję. Do tej pory stawiali na jakość, a nie ilość. Myślisz, że będą próbowali zorganizować większą akcję?
Kankuro wiedział, o co jej chodzi, ale trudno było mu to sobie wyobrazić.
- Napad na wioskę? Wątpię, żeby mieli wystarczającą siłę, by się na to porywać. Jeszcze długo jej nie będą mieli. Jednak ewidentnie zbierają mięso armatnie. Może planują zdobycie jakiejś mniejszej wioski, albo chcą okraść duży skarbiec. Obstawiałbym to drugie, od początku widać, że chodzi im o pieniądze.
Było coś, co drażniło Kankuro jeszcze bardziej niż to, że żadnego z rebeliantów nie udało się schwytać i przesłuchać. Tak naprawdę nie wiadomo było, do czego dążą. To frustrujące.
Temari pokręciła powoli głową.
- Niektórzy sądzą, że chodzi im tylko o pieniądze, ale nie byłabym taką optymistką. Kasa jest w tym przypadku środkiem, a nie celem.
- Myślę, że za jakiś czas się przekonamy – odparł Kankuro, nieco zniecierpliwiony. Naprawdę, był gotów omówić z nią ten temat setny raz, ale nie dzisiaj. Teraz chciał tylko odpocząć.
Tymczasem ona, w gorącej wodzie kąpana, jak zwykle chciała wiedzieć wszystko od razu.
- Więc opowiedz mi szczegóły – zażądała.
- Nie ma mowy – odpowiedział Kankuro. – Złożyłem szczegółowy raport Gaarze. Jutro pewnie będzie spotkanie w tej sprawie. Dowiesz się wszystkiego, co powinnaś wiedzieć.
Niestety, choć Gaara z charakteru nie był podobny do siostry, mieli cechę wspólną – on też nie odwlekał spraw na później. Od razu żądał informacji, sprawozdań, wyników, nie bacząc na to, że niektórym należy się odpoczynek. Pewnie było tak dlatego, że nie męczył się tak szybko, jak normalny człowiek. I wystarczały mu ze cztery godziny snu na dobę.
Temari  chciała, by w tej chwili Kankuro zdawał jej sprawozdanie. Na szczęście, o ile Gaara ma nad nim władzę, Temari zawsze może wyrzucić za drzwi.
Być może będzie musiał to zrobić, bo siostra nie sprawiała wrażenia, jakby zamierzała wyjść.
- Zamierzam iść spać – poinformował sugestywnie. Niestety, ta kobieta nie ma żadnego wyczucia i nie wie, że człowiek może mieć inne plany niż spełnianie jej zachcianek.
- Tak wcześnie? – zapytała niewinnym tonem. Zupełnie jakby sama nigdy nie wróciła z misji po nieprzespanych dwóch dobach. – Może chcesz odpocząć przed jutrzejszym spotkaniem z narzeczoną?
Kankuro zmarszczył brwi. W pierwszym momencie nie zrozumiał, o co jej chodzi. Przecież nie ma narzeczonej.
- Ach, ona już przyjechała? – zapytał. W ogóle nie myślał o tym, że córka zarządcy prefektury Akita ma w najbliższym czasie przybyć do Suny. Miał za dużo spraw zawodowych, by myśleć o prywatnych.
Uznawszy, że najwyższy czas zacząć myśleć o małżeństwie, wymienił kilka listów z prefektem Saigawą i ustalił, że pozna jego córkę, która przyjedzie do Sunagakure w odwiedziny do krewnej. Było to najprostsze rozwiązanie, bo nie zamierzał aranżować małżeństwa z panną, której nigdy nie widział na oczy, ale jakieś kroki należało już powziąć.
Dziewczyna jest siostrzenicą żony Bakiego, Sui, i przez jakiś czas będzie jej pomagać w opiece nad nowo urodzonymi bliźniakami. Kankuro poczynił ustalenia z prefektem, zbyt wiele się nad tym nie zastanawiając, i nie myślał o tym aż do dzisiaj.
Temari przewróciła oczami.
- Tak, mój drogi. Twoja prawie- narzeczona – włożyła w te słowa tyle jadu, ile tylko zdołała. – Czy ty wiesz chociaż, jak ma na imię?
Kankuro próbował sięgnąć do zakamarków pamięci, ale przy tak zmęczonym umyśle nie przypomniał sobie. Trudno, Temari będzie miała satysfakcję.
- Nie pamiętam, czy to ważne?
Temari uśmiechnęła się szyderczo.
- Naturalnie, wcale nieważne – odpowiedziała. – Ważniejsze, jak wygląda. Będziesz zachwycony.
Kankuro przyjrzał jej się podejrzliwie. Mówiła to z dziwną satysfakcją. Czyżby córka Saigawy okazała się brzydka?
Poczuwał się do obowiązku ożenku - w końcu ktoś musi zadbać o przyszłość klanu, a na Gaarę w tej sprawie nie ma co liczyć. Jednak on także nie pozwoli sobie wcisnąć byle paszteta.
- Prawdziwa yamato nadeshiko – wyjaśniła dziewczyna. – Urocza buźka, nienaganne maniery. Przywiozła ze sobą dwa kufry pełne ubrań, ale to raczej dopiero początek, bo jej rzeczy mają zostać dowiezione.
Kankuro wzruszył ramionami. Temari mówiła takim tonem, jakby miała dziewczynie coś do zarzucenia. Czego innego spodziewała się po szlachciance, córce samuraja? Oni dbają o takie głupoty, nawet gdy nie są majętni.
Kobiety, które przybywały do Sunagakure, by zostać żonami shinobi, nie różniły się za bardzo od siebie. Pochodziły zwykle ze zubożałych rodów szlacheckich, rzadko z rodzin bogatych posiadaczy ziemskich.
Ważni samurajowie powierzali córki innym ważnym i bogatym klanom samurajów. Ubożsi też wychowywali kobiety z myślą o tym, by były dobrymi żonami, ale już znaleźć dla nich odpowiednią partię nie było tak łatwo. Szczególnie, jeśli ktoś miał kilka córek i z małżeństwa każdej chciał mieć jakąś korzyść.
Shinobi z Sunagakure chyba od zawsze zawierali małżeństwa, które były transakcjami wiązanymi. Mężczyzna dostawał gwarancję, że o jego dom i dzieci będzie dbać osoba przygotowana do roli żony, usłużna i znająca tradycję oraz mająca szacunek do przodków. Taka, która wie, że jej rolą jest troska o męża i zapewnienie ciągłości rodu. Nie kobieta, która od małego biegała z bronią i żyła w przekonaniu, że jest stworzona do innych rzeczy niż założenie rodziny.
Ojciec panny młodej zapewniał sobie bezpieczeństwo, dzięki powinowactwu z klasą wojowników. Prefekci wiedzieli oczywiście, że to nie zapewni im nietykalności, ale niejeden wolał mieć zięcia shinobi niż ubogiego samuraja, który częściej dzierżył w dłoniach kosę pracując w polu, niż miecz.
Wielu wydając córkę za mąż pozbywało się problemu, nie oczekując wiele w zamian oprócz obietnicy ochrony. Zwykle mieli więcej córek niż mogli sobie na to pozwolić.
Chociaż w pokoleniu jego ojca zaczęła się już moda na małżeństwa z miłości, aranżowane wciąż miały przewagę, a Kankuro od małego był przyzwyczajony do widoku eleganckich pań w kimonach. Były zbyt ciche i nieśmiałe, ale w większości bardzo ładne. Dlatego uważał, że wioska nic nie traci w porównaniu do innych, w których nie praktykuje się tak częstego sprowadzania kobiet z zewnątrz, by wypełniały role strażniczek ogniska domowego.
- Jest z pewnością dobrze wykształcona, zna się na sztuce i poezji. Powiedz więc, o czym z nią będziesz rozmawiać? – kontynuowała Temari ze złośliwym uśmiechem.
Kankuro nie pozwolił się zbić z tropu.
- Siostrzyczko – powiedział, wiedząc, że nie cierpi gdy się do niej zwraca, jakby to on był starszy. - Żona nie jest po to, żeby z nią rozmawiać. Jest po to, żebym sam nie musiał zawracać sobie głowy sprzątaniem, i żebym po pracy zastał na stole gorący obiad. Jeśli jest wykształcona i piękna, tym lepiej. To kwestia prestiżu. 
Temari skrzywiła się z odrazą.
- Ty szowinistyczna świnio – powiedziała z niechęcią. – Chyba ktoś cię podrzucił pod nasz dom w koszu na śmieci. Nie możesz być moim bratem.
Kankuro wstał od stołu i wskazał jej drzwi.
- Też jestem tego zdania. Zachowaj epitety na inną okazję, bo uderzam w kimono i nie ma mnie dla nikogo przez dwanaście godzin.
Temari przymrużyła ze złością oczy. Zadarłszy wysoko głowę, by wyeksponować oburzenie dla jego prostackiego zachowania, wymaszerowała dumnie tą sama drogą, którą przyszła.
Kankuro odetchnął z ulgą. Nie udałoby mu się jej tak łatwo pozbyć, gdyby nie zaczęła gadać o małżeństwie. Jest strasznie upierdliwa, nie sposób zgadnąć, co ten jej kochaś w niej widzi.
Z niecierpliwością wyczekiwał dnia, gdy ten kretyn w końcu się oświadczy, a najbardziej męcząca z kobiet w Sunagakure stanie się problemem Konohy. Kankuro był przekonany, że wraz z namolną siostrą zniknie połowa jego problemów. Podbudowany tą myślą, rzucił się na niepościelone łóżko i natychmiast zasnął.

***

Sunami siedziała przy obozowisku. Jak okiem sięgnąć, wszędzie był piasek i nic poza tym. Rozbili obóz na terenie równiny, więc pilnowanie, by nikt się nie zakradł, nie stanowiło żadnej trudności. Prawdopodobnie nic im nie zagraża, ale nawet w takiej sytuacji, przy zwykłej wywiadowczej misji, trzeba zachowywać ostrożność.
Jej towarzysze – dwaj shinobi i kunoichi – spali nieopodal. Właściwie, tylko kobieta spała. Sunami wyczuwała aktywność umysłową ludzi wokół siebie, więc wiedziała, że Azawa i Tennou czuwają.
W pewnym momencie Azawa przestał udawać. Wstał i usiadł obok niej.
- Trzeba było już teraz ruszyć w drogę powrotną zamiast tracić czas na nocleg – powiedział. – Nic nie znaleźliśmy, straciliśmy dwa dni. Mnie by to wystarczyło.
Sunami nie odpowiedziała. Pamiętając o obietnicy danej Temari, nie zamierzała krytykować dowódców. Decyzję o rozbiciu obozu podjęła Amaya. Uznała, że rano należy jeszcze raz przeczesać teren walki i okolicę, i dopiero potem mogą wracać do Sunagakure. Ciekawe, czy ta kobieta zawsze trzyma się odgórnie ustalonych planów – nawet wtedy, gdy nie widzi w nich sensu. Pewnie tak, dlatego to ona jest dowódcą.
Sunami nie darzyła Azawy sympatią, ale w tym momencie się z nim zgadzała. Mogli wracać, ona też już niczego się nie dowie. Oprócz oficjalnego celu, którym było szukanie śladów terrorystów i rozpoznanie terenu, miała też nieoficjalne zadanie – obserwować Azawę i Tennou i ocenić ich zachowanie.
 Nie dziwiło jej, że Gaara chce ich sprawdzić w pierwszej kolejności. Mógł ich podejrzewać, bo w przeszłości często pracowali z Kenzou.
Jednak Sunami nie miała okazji zajrzeć im do umysłów. Nie mogła zrobić tego, gdy są w pełni przytomni, bo zauważyliby od razu. Wiedzieli, że jest telepatką. Pewnie dlatego w czasie misji w ogóle nie spali. Starała się cały czas czuwać, by znaleźć odpowiednią okazję, ale na nią nie natrafiła.
Niestety, akurat Azawa i Tennou mogą znać ograniczenia jej zdolności telepatycznych. Widocznie nie chcieli, by zaglądała im do umysłów.
To jeszcze nie znaczy, że są szpiegami, ale też nie wyklucza ich z kręgu podejrzanych.
Sprawdzenie ich miało być w miarę proste. Co prawda z umysłu kogoś pogrążonego we śnie niełatwo jest wydobyć pożądane informacje, ale w czasie misji miała mieć na to wystarczająco dużo czasu. Teraz, gdy sama była zmęczona po dwóch dobach prawie bez snu, i tak juz nie mogłaby skutecznie użyć na nich telepatii. Nawet jeśli padną w końcu ze zmęczenia.
Skoro się nie udało, będzie musiała znaleźć na nich sposób po powrocie do wioski.
Była sfrustrowana tą porażką nie tyle dlatego, że Gaara będzie niezadowolony (a niech się udławi swoimi wygórowanymi oczekiwaniami), ale dlatego, że sama była ciekawa, czy dawni przyjaciele wiedzą coś o Kenzou. Może z nim nie spiskują, ale mogli spróbować zdobyć informacje o miejscu jego pobytu.
Sunami w ciągu tych dwóch lat nie miała o Kenzou żadnych wiadomości. Próbowała zebrać jakieś informacje, ale nie mogła skoncentrować się na tym kosztem swoich misji, więc jej wysiłki spełzły na niczym. Nie dziwiło jej, że na nic nie trafiła. Piraci działali w głębokiej konspiracji, trudno byłoby znaleźć kogoś, kto cokolwiek wiedział o ich działalności. Tam, gdzie się pojawiali, nie zostawiali żywych świadków.
Sunami już nie łudziła się, że stosując półśrodki dotrze do jakichś ważnych faktów. Zaś jej pozycja w wiosce była zbyt niska, by mogła liczyć, że zostanie dopuszczona do rzeczy, które ustalili szpiedzy rozpracowujący działalność Piratów.
Już jakiś czas temu porzuciła plan odnalezienia Kenzou. Zaczęła przyzwyczajać się do myśli, że jakkolwiek on pokieruje swoim życiem, z nią się już nie spotka. Tak może byłoby najlepiej. Jednak gdy Gaara zaproponował jej tę misję, znów zaczęła brać pod uwagę możliwość, że go odnajdzie. Albo on sam wróci do wioski. Zaczęła się zastanawiać, jak wtedy powinna się zachować.
Wielokrotnie zastanawiała się, jakimi motywami się kierował, ale nie potrafiła tego rozgryźć. Nie chciała wierzyć, że zdradził wartości, które były dla niego ważne, tylko dla osobistych korzyści. Wiedziała, że śmierć braci na wojnie zachwiała podstawami wszystkiego, w co wierzył. Mimo wszystko nie był człowiekiem, który zdradzi ojczyznę dla pieniędzy lub zaszczytów we wrogiej organizacji.
Nie chciała uwierzyć, że mógłby to zrobić.
Gdy patrzyła teraz na Hiro Azawę, który kiedyś był nieodłącznym przyjacielem Kenzou, zastanawiała się, czy on w to wierzy.
Zapytanie go wprost nie wchodziło w grę. Nigdy jej nie lubił, a odkąd Kenzou uciekł, odnosił się do niej wręcz z wrogością. Sprawiał wrażenie osoby, dla której wioska jest najważniejsza. Wioska i bezpieczeństwo jej mieszkańców.
Ona w tej społeczności od zawsze była obcym elementem, nieważne jak bardzo starała się to zmienić. Po odejściu Kenzou stało się oczywiste, że już zawsze tak pozostanie. On był jedynym spoiwem, które łączyło ją z Sunagakure.
Być może Azawa myślał tak samo. Wskazywałoby na to pytanie, które nagle jej zadał.
- Dlaczego właściwie wciąż nie odeszłaś z naszej wioski?
Mogła się spodziewać pytania tego rodzaju, ale i tak poczuła się, jakby ktoś wylał jej kubeł zimnej wody na głowę.
- Może nie próbowali mnie zwerbować, bo nie jestem użyteczna – powiedziała sarkastycznie.
Natychmiast skarciła się za to w myślach. Miała nie prowokować nikogo do podejrzewania jej o nielojalność. Temari byłaby wściekła, gdyby ją teraz usłyszała.
Miała jednak wrażenie, że to, co powie, nie ma żadnego znaczenia. Dla mężczyzny, z którym teraz rozmawia, zawsze będzie podejrzana.
- Nie o to pytam – odpowiedział spokojnie. Nie sprawiał wrażenia rozdrażnionego. Właściwie, był dla niej niespodziewanie uprzejmy.
Co by na to powiedział jego kolega Tennou, przeciwny zadawaniu się z obcymi elementami. Pewnie nie jest zadowolony.
No tak, ale Azawa nie jest świadomy, że jego kolega nie śpi.
Oczywiście, tylko przy założeniu, że nie są obaj zdrajcami i nie prowadzą jakiejś gry, żeby ją pociągnąć za język.
Nie sądziła, że któryś z nich mógłby zdradzić wioskę, ale musiała brać pod uwagę taką możliwość. W końcu jeszcze nie tak dawno była pewna co do Kenzou, który stał się zdrajcą.
- Nie sprawiasz wrażenia, jakbyś lubiła tę robotę – uściślił shinobi. – Lub tę wioskę. Co ciebie w niej trzyma?
Sunami zmierzyła go wzrokiem. Nie była pewna, czy chce odpowiadać na to pytanie. Azawa jej nie lubi, ona za nim też nie przepada. Nie ma więc powodu, by dzielić się z nim własnymi myślami.
Jednak z drugiej strony, wzbudzał jej zaufanie. Tylko dlatego, że zapytał. Że go to zainteresowało, jakby jej zdanie miało znaczenie.
- Lubię to, co robię – powiedziała. – Lubię być przydatna. Może nie w takim stopniu co ty, ale jednak robię coś dla wioski.
- Nie podważam tego – odpowiedział shinobi. Przyglądał jej się z nietypową uwagą.
Nigdy nie traktował jej poważnie. Zawsze uważał ją za osobę niepewną tylko dlatego, że ma obce pochodzenie. Uważał też, że jej zdolności są podejrzane. Wielu ludzi jej nie ufało, bo obawiali się tego, że może czytać ludziom w myślach i nimi manipulować.
Tym razem shinobi sprawiał wrażenie, jakby traktował ją jak równą sobie. Chociaż on też zapewne uważa ją za osobę, która nie zasługuje na miano kunoichi.
- Nie będę ściemniał – powiedział jounin. – Zawsze uważałem, że jesteś taką słabą stokrotką, która poleci tam, gdzie wiatr zawieje. Pracowałaś dla wioski i zostałaś jouninką tylko dlatego, że Kenzou cię do tego motywował.
- To prawda – przyznała cicho. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powiedziała to na głos.
Spodziewała się jakiejś gniewnej reakcji, ale się takiej nie doczekała. Jej rozmówca nawet się nie rozzłościł. Nie wyczuwała u niego żadnych negatywnych emocji.
- A teraz? Dlaczego dalej dla nas pracujesz?
- Bo chcę być potrzebna – odpowiedziała. – Poza tym jestem coś winna tej wiosce, bo to tutaj wszystkiego się nauczyłam… Wszystkiego, co uczyniło mnie do czegoś przydatną. Kiedyś chciałam ciężko pracować tylko ze względu na Kenzou, ale już od dawna tak nie jest.
Azawa niespodziewanie klepnął ją w ramię. Zupełnie jakby chciał dodać jej otuchy.
- Z tego Shihary jest niezły skurwiel, co? Powinnaś nienawidzić go bardziej niż ja.
Sunami nic na to nie odpowiedziała.
Nie nienawidziła go. Było kilka rzeczy, których nauczyła się jeszcze przed przybyciem do Sunagakure, i najważniejszą z nich była zasada: nikogo nie nienawidzić. To wyniszczające uczucie sprawia, że ludzie przestają być ludźmi. Stają się cierpiącymi duszami krzywdzącymi siebie i innych.
Nigdy nie chciałaby tak skończyć. W klasztornym sierocińcu wpajano dzieciom tę myśl tak jak każdą inną zasadę wiary, jednak ona szybko zrozumiała, jak ta teoria wygląda w praktyce. 
Nienawiść może się urzeczywistnić i przybrać niemal namacalne kształty, gdy jest jej tak wiele, że nie mieści się w ciele opętanej nią osoby. 
Najgorzej jest nienawidzić samego siebie i przelewać to uczucie na wszystkich dookoła.

***

Wiele kilometrów dalej, w pieczarze na terenie Kraju Rzeki, znajdowało się dwóch ludzi. Jeden z nich, wysoki i dobrze zbudowany, stał przy kamiennej półce, która wyglądała jak stolik. Na powierzchni leżały równo ułożone narzędzia chirurgiczne, fiolki z preparatami i notatnik.
Drugi człowiek siedział na krześle. Ręce i nogi miał związane sznurem. Był to mężczyzna w podeszłym wieku, miał ciemną karnację i siwe włosy. Był ubrany w jasną lnianą koszulę i spodnie z tego samego materiału. Chociaż jego strój nie wskazywał na przynależność do stanu duchownego, przywodził na myśl mnicha.
- Szybko odzyskałeś przytomność – odezwał się młody mężczyzna, zwrócony do niego plecami. Wziął do rąk strzykawkę i napełnił ją płynem z jednej z fiolek. - Przy takiej ilości środka usypiającego, nie powinieneś. Ale nie jestem zdziwiony. Wy, Azurowie, jesteście silni.
Chociaż staracie się to przed wszystkimi ukryć, dodał w myślach.
- Co ze mną zrobisz, młody człowieku? – odezwał się staruszek mocnym głosem. Widocznie odzyskał już całkowicie zdolność jasnego myślenia. Zadziwiające. Następnym razem trzeba będzie zastosować większą dawkę środka usypiającego.
O ile będzie jakiś następny raz, upomniał się w myślach shinobi. Musi zrobić wszystko, żeby kolejne ofiary nie były konieczne. Nie przepadał za babraniem się w ludzkich wnętrznościach.
Odwrócił się i spojrzał na Azura, trzymając strzykawkę w ręce.
Nigdy dotąd nie zabijał nieuzbrojonych ani niewinnych.
Gdy przyłączył się do rebeliantów wiedział, że może zajść taka konieczność, ale udało mu się tego uniknąć. Aż do teraz.
Mimo wszystko nie mógł się zawahać. Nie miał czasu na obmyślanie innego planu. Dopiero teraz udało mu się schwytać odpowiedniego człowieka. I jeszcze przez kilka dni mógł działać swobodnie. Wszyscy myślą, że jest na zwiadzie w wiosce Śniegu. Nie będzie drugiej takiej okazji, by przeprowadzić badania.
Poza tym liczenie na to, że zdobędzie zwłoki bez konieczności zabijania, było naiwne. Przez długi czas na to czekał, ale okazja się nie nadarzyła. Nawet żywy Azur jest trudny do odnalezienia. Chowają się na tej pustyni tak skutecznie, jakby to była puszcza. Na pewno mają kryjówki pod ziemią.
- Nie będziesz czuł bólu – powiedział. Głos mu nieznacznie zadrżał. – To tylko małe ukłucie. Za kilka sekund będziesz martwy. Twoje ciało przysłuży się nauce. Konkretnie przysłuży się shinobim, których tak nienawidzicie.
Więzień spojrzał mu prosto w oczy. W pieczarze panował mrok, a shinobi stał w takim miejscu, że staruszek nie powinien widzieć jego twarzy. Wiedział jednak, że Azurowie w ciemnościach widzą prawie tak wyraźnie, jak przy świetle dziennym. Przeszedł go dreszcz.
Mając do czynienia z człowiekiem z ludu pustyni nie mógł nie myśleć o Su, bo całą wiedzę o ich umiejętnościach zaczerpnął od niej. Miałby duży kłopot z tym staruchem po odzyskaniu przez niego przytomności, gdyby nie wiedział, czego się spodziewać i jak zablokować jego moce.
Chyba, że oni faktycznie są oddani swoim wierzeniom, i facet nawet nie spróbuje walczyć. W to jednak nie wierzył. Miał o nich jak najgorszą opinię i jeśli będzie musiał wytłuc całe plemię, żeby osiągnąć cel, zrobi to.
Oczywiście Su nigdy tego nie zrozumie, ale robił to przede wszystkim dla niej.
- Nie nienawidzimy was. Nienawiść czyni z człowieka coś gorszego od najlichszego robaka – odpowiedział Azur poważnie.
Shinobi poczuł, jak wzbiera w nim złość. Czy ten staruch nie boi się śmierci? Czy naprawdę nie ma żadnych negatywnych emocji?
Podszedł bliżej i nachylił się nad nim.
- Dałem ci środek, który przytępia pracę mózgu. Nie możesz użyć telekinezy – powiedział. Mężczyzna spojrzał na niego z pewnym zdziwieniem. Czy jeszcze tego nie zauważył? Nawet bez tego środka zapobiegawczego nie próbowałby się bronić? – Ale możesz użyć czakry. Dlaczego tego nie zrobisz?
Na taką ewentualność też był przygotowany, choć nie był pewien co do skuteczności zastosowanej metody w przypadku, gdy obiekt zamiast używać własnej czakry czerpie ją z otoczenia.
Wciąż liczył, że facet spróbuje uciec. To głupie, poddawać się jak baranek idący na rzeź.
Więzień uśmiechnął się lekko, w sposób zupełnie nie pasujący do jego dotychczasowego zachowania. W sposób cyniczny, nie dobrotliwy.
Pod tą maska dobroci kryje się ktoś do szpiku kości zły, pomyślał shinobi. Nie był tego pewien, ale chciał w to wierzyć.
- Masz się za mądrego naukowca, a nie wiesz, że nie potrafimy kontrolować obiegu czakry?
Shinobi wyprostował się. Staruch kłamie w żywe oczy. Nie zasługuje na współczucie.
Oni wszyscy są zakłamani. Udają pokojowo nastawiony naród żyjący w zgodzie z przyrodą, ale potrafią zorganizować zamach samobójczy. Nie mają skrupułów przed porzucaniem na pustyni dzieci.
- Wiem, że potraficie – odpowiedział lodowatym tonem. – Macie większe zdolności kumulowania energii od większości z nas. Ale to się zmieni.
Bez wahania wbił mężczyźnie igłę w ramię.
- Jak się nazywasz, chłopcze? Chcę się za ciebie pomodlić – powiedział staruch.
Raczej rzucić klątwę, pomyślał shinobi. Ale niech mu będzie. Wypada się przedstawić, choćby z szacunku dla wieku.
- Shihara. Kenzou Shihara – powiedział.
Za późno. Środek zadziałał zgodnie z przewidywaniami. Facet umarł sekundę po wprowadzeniu substancji do krwiobiegu.

2 komentarze:

  1. Pierwsza? Tak :) Sorka że dopiero dzisiaj komentuje,ale przez ostatnie dni nie miałam czasu żeby wejść nawet na kompa.Podoba mi się że pojawił się w tym rozdziale Kankuś.Tak jak powiedziała to Temari " Ty szowinistyczna świnio" się zgodzę czy on będzie wogóle dobrym mężem skoro tak myśli o kobietach i tak przy okazji obaj muszą wyjść że kobiety z szlacheckich rodów czy tylko jeden???Myślę że za niedługo pojawi się też ta "wybranka" Kankuro xDD Zaciekawiła mnie ta końcówka :) Czekam na kolejny i weny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko.. Kenzou? Tego sie nie spodziewalam.. Wgl to Kankuro mnie rozwalil hahah zona nie jest do rozmawiania.. Ze co.. Boze co za idiota hahahahha jestem ciekawa jak będzie ją traktował jak przybędzie xd to powinno być interesujące hahahah

    OdpowiedzUsuń

Veni, vidi, vici
Przeczytane? Podziel się opinią :)