Jednak w obecnej sytuacji nie mogła
milczeć.
- Wiem, dlaczego jesteś wściekła. Niepotrzebnie tak się angażujesz -
skomentowała.
Sunami, która szła krok przed nią najwyraźniej powstrzymując się od
biegu, który ukoiłby nerwy - ale w pełnym słońcu nie było wskazane biegać,
chyba że istniał ważny powód - zwolniła i obejrzała się na nią.
- Nie złoszczę się - powiedziała bezbarwnym
głosem.
Noriko powstrzymała się przed okazaniem
irytacji. Sunami była naiwna myśląc, że potrafi skutecznie maskować uczucia,
jeśli zechce - w rzeczywistości była w tym bardzo słaba. Może taki był skutek
uboczny jej umiejętności rozpoznawania kłamstwa - nie potrafiła przekonująco
oszukiwać.
- Daj spokój - mruknęła Noriko. - Nie muszę mieć zdolności empatii, żeby
widzieć, kiedy jesteś rozzłoszczona; wystarczająco długo cię znam. Szkoda
twojej energii na odcinanie się od otoczenia.
Noriko powiedziała to lekkim tonem, chcąc lekko wytknąć Su bezsensowność
jej zachowania. Chociaż w rzeczywistości, czuła też trudny do określenia
niepokój - jak zawsze, kiedy przyjaciółka decydowała się na tworzenie bariery
emocjonalnej, które Noriko interpretowała jako tworzenie wokół siebie tarczy.
Łatwo można było się w tym zorientować, bo wytworzenie blokady, którą czasami
Sunami się chroniła, żeby nie czuć bodźców z zewnątrz, było dla niej tak
nienaturalne, że sprawiała wrażenie jakby znajdowała się za szybą.
Znieczulenie się na bodźce
zewnętrzne było głupią rzeczą, skoro dawało jej przewagę nad potencjalnym
wrogiem - ale to nie był powód, dla którego Noriko irytowała się, gdy
przyjaciółka tak robiła. Po prostu uważała, że to strategia ryzykowna z punktu
widzenia psychologicznego.
- Odcinam się, bo nie mogę znieść twoich emocji. Ja też mam swoje
granice wytrzymałości, a w połączeniu z Kenzo tworzycie urocze kombo - odparła
empatka z przekąsem.
Noriko nie wiedziała, czy te słowa miały wpędzić ją w poczucie winy, ale
poczuła się niekomfortowo.
- Właśnie o to mi chodzi. Za bardzo się przejmujesz. Jesteś wściekła na
Kenzo, ponieważ zachowuje się jak dzieciak, ale jednocześnie wiesz, że nie
będziesz potrafiła nad tym przejść do porządku dziennego. Nie potrafisz sobie
powiedzieć: chłopak nie chce odpuścić, ale to wyłącznie jego problem. Zamiast
tego pozwalasz, żeby podsycał w tobie wyrzuty sumienia.
Sunami prychnęła z irytacją.
- I kto to mówi. Przecież to ty wytknęłaś mi, że złamałam mu serce.
Noriko powstrzymała przekleństwo cisnące jej się na usta.
- Bo byłam wkurzona - burknęła. - A kiedy jestem wściekła, wyładowuję
się na otoczeniu. O czym ty doskonale wiesz, i powinnaś mi odpłacić pięknym za
nadobne, ale zamiast tego wolisz zawsze być wyrozumiała.
Sunami potrząsnęła głową. Nie zatrzymała się nawet na chwilę, obie szły
teraz w jednym tempie.
- To nie jest kwestia wyboru. Wolałabym nie wiedzieć, co czujecie i nie
mieć podstaw, żeby was usprawiedliwiać.
- Tak mówisz - żachnęła się Noriko - i wierzę ci, ale tylko do pewnego
poziomu. Ty wierzysz, że wszyscy dookoła są dobrzy, i to jest twój wybór.
Wydaje ci się, że skoro masz wgląd w emocje jakiegoś człowieka, wiesz jaki on
jest naprawdę - i skoro emocje są szczere, to ta osoba jest szczera, i jako
taka zasługuje na sympatię. Automatycznie dajesz kredyt zaufania i chcesz, żeby
wszyscy byli szczęśliwi, nie zauważając, że to nie zależy od ciebie. - W tym
momencie Noriko urwała na chwilę, żeby zebrać myśli. - Jeśli ci to umknęło,
teraz przechodzę od ogólnych rozważań do bardzo konkretnej sprawy. To, czy
Kenzo będzie szczęśliwy czy nie, zależy wyłącznie od niego. Nie możesz czuć się
odpowiedzialna za niego, tylko dlatego, że przyczyniłaś się do jego
nieszczęścia.
Sunami zatrzymała się, zmuszając
Noriko, żeby również przystanęła. Medyczka poczuła na sobie podejrzliwy wzrok
przyjaciółki.
- Do czego ty zmierzasz?
- Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że Shihara ma poważny problem
z zaakceptowaniem faktów - powiedziała Noriko ze zniecierpliwieniem. - I okej,
spójrzmy prawdzie w oczy, sprawiłaś mu zawód i zrujnowałaś jego pomysł na
życie... Tak, Sunami, on całą swoją przyszłość wiązał z tobą - powiedziała
brutalnie, widząc że koleżanka ma zamiar protestować. - Ale to ciebie do
niczego względem niego nie zobowiązuje. Oczywiście Shihara sądził inaczej.
Podobnie, jak całe życie uważał, że skoro tak bardzo cię kocha i jest taki
tobie oddany, ty musisz odwzajemnić się tym samym. Miłość tak nie działa, ale
on tego nie zrozumie, bo jest cholernym egocentrykiem. I to też nie jest twoja
wina.
- Wiem to - odparła Sunami mechanicznie.
Noriko skinęła aprobatą głową.
- Świetnie. Mam nadzieję, że wiesz także, że dorosły człowiek przechodzi
nad porzuceniem do porządku dziennego. Shihara jest inteligentny i pewnie w
końcu pójdzie po rozum do głowy. Ale jeśli jego miłość własna nie pozwoli mu
zaakceptować porażki i zrobi coś głupiego, ty musisz wiedzieć, że nie jesteś za
to odpowiedzialna.
- Wiem - odpowiedziała Sunami,
nieświadomie się powtarzając.
- Rzeczywiście, wiesz? - skontrowała Noriko. - Bo jak na razie wygląda
na to, że postawiłaś sobie za punkt honoru wyprostować problemy Kenzo i
wtłoczyć mu do głowy, że na zawiedzionej miłości świat się nie kończy. Myślę,
że on dobrze o tym wie, ale nie chce przyjąć do wiadomości. Twój Gaara może
jest teraz za bardzo zajęty sprawami wagi państwowej, ale w końcu zauważy, że
Kenzo sobie nie odpuścił i albo spuści mu wpierdol, albo wyśle go w jakieś mało
ciekawe miejsce, co w sumie wychodzi na to samo. Shihara sam się prosi o
kłopoty. Zrozum, że nie jesteś za to odpowiedzialna.
Sunami nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie pogrążonej we własnych
myślach - Noriko uznała to za zły znak, ale i tak postanowiła kontynuować.
Skoro już zaczęła temat, równie dobrze mogła powiedzieć, co myśli.
- Szczerze mówiąc, uważam, że trudno o dwoje gorzej dobranych osób niż
ty i Kenzo i rozstanie wam może wam wyjść tylko na dobre. Kenzo jest
przekonany, że wiele mu zawdzięczasz - i ma rację - ale to nie znaczy, że ma do
ciebie jakieś prawa. Nie można rościć sobie praw do osoby. Nie mówiąc już o
tym, że nie da się zbudować normalnej relacji na wdzięczności wobec kogoś. Ani
poczucia własnej wartości na tym, że ktoś ci coś zawdzięcza. Czy ty mnie
słuchasz? - spytała w końcu, lekko zirytowana.
- Spójrz przed siebie - odparła Sunami, dając tym dowód, że nie - nie
słuchała.
Noriko jednak zgodnie z jej poleceniem spojrzała wprost. I zamarła.
W odległości kilkuset metrów, za piaskową
wydmą, dostrzegła sylwetki stojących w rzędzie uzbrojonych ludzi. Wyglądali na
mały oddział, może trzydzieści-czterdzieści osób pobawionych emblematów
świadczących o przynaleności do jakiejkolwiek osady ninja. Jasny sygnał, żeby
odwrócić się i uciekać.
Problem w tym, że przed nimi
klęczały na ziemi postacie ubrane na biało.
- To mniszki z sanktuarium? - wyszeptała Noriko w szoku. Czy widziały
przed sobą scenę, która miała zamienić się w egzekucję?
- Tak - odpowiedziała Sunami, ewidentnie zastanawiając się podobnie jak
ona - co to ma znaczyć. - Nic nie wyczuwam. Żadnych emocji.
Noriko nie była zdziwiona, że koleżankę to
niepokoi, ale ona sama dostrzegała inny powód do zmartwień.
- Nie pomożemy im - powiedziała szybko, jakby miała nadzieję, że zdąży
przekonać Sunami zanim przyjdzie jej do głowy rzucić się na pomoc. - Musimy się
cofnąć, ostrzec naszych.
Sunami nie zareagowała, natomiast nie wyglądało też na to, by zamierzała
robić coś głupiego - jak rozpoczynanie ataku na mającego zdecydowaną przewagę
przeciwnika.
Natomiast nie powinny były tak stać
w miejscu.
- Sunami... - Noriko zaczęła zdanie, choć nie wiedziała, jak je
skończyć. Sama wiedziała, że nie można tak po prostu się odwrócić i zostawić
zakładniczek własnemu losowi - ale też chyba nie było alternatywnego wyjścia.
Wiedziała też, że niektóre kobiety ze świątyni Sunami zna osobiście.
- Chyba nie chcesz walczyć - powiedziała, starając się brzmieć
spokojnie.
Sunami dysponuje potężną bronią - może pozbawić przeciwnika czakry - ale
w tych okolicznościach nie na wiele by się to zdało. Jeśli spróbowałaby wyssać
czakrę tak wielu osób na raz - nawet zakładając, że potrafiłaby - zrobiłaby
sobie przy okazji krzywdę. Noriko liczyła, że jej koleżanka też to wie i nie
będzie zgrywać bohaterki.
Czekały na rozwój wypadków.
Noriko, tak jak Sunami, cały czas
obserwowała grupę przed sobą i dostrzegła, że jedna z mniszek wstała i ruszyła
w ich kierunku. Poruszała się dziwnie wolno - a może to tylko z ich perspektywy
tak wyglądało. Na pewno nie była stara, gdy znalazła się bliżej można było
stwierdzić, że ma najwyżej czterdzieści lat.
Podczas gdy ta jedna osoba szła w
ich kierunku, pozostali w grupie nie poruszyli się. Wyglądało na to, że nawet
nie musieli się naradzać, chociaż obecność dwóch kunoichi na pustyni powinna
była wywołać wśród nich niepokój. Cokolwiek planowali, chyba nie chcieli
natknąć się na obcy zwiad.
- Chcą pertraktować - Noriko powiedziała na głos to, o czym myślały
obie. - Myślisz, że trzymają zakładniczki tutaj, bo chcą wynegocjować
wypuszczenie wolno tych wojowników z sanktuarium?
- Po co w takim razie ich tam zostawili? - odparła Sunami pytaniem na
pytanie.
Wydawała się podejrzanie spokojna.
- Nad czym się zastanawiasz? - zapytała Noriko.
- Który z nich to przywódca. Ten, który zamienia ludzi w bezmyślne
maszynki do zabijania. - Sunami spojrzała na koleżankę, która w pierwszym
momencie nie zrozumiała, o czym ona mówi. - Tam jest prawie pięćdziesiąt osób.
I żadnych uczuć.
Dopiero teraz Noriko zdała sobie
sprawę, z czym mają do czynienia. Spojrzała z niepokojem na podchodzącą coraz
bliżej mniszkę i sięgnęła po sztylet.
- Nie posłaliby jej samej, żeby nas atakować - zauważyła Sunami.
- Nie, po co mieliby - Noriko zdała sobie sprawę, że zabrzmiała histerycznie.
Przypomniał jej się atak na wioskę sprzed kilku miesięcy. Najemnicy, którzy
mechanicznie wspinali się na umocnienia i parli do przodu, chociaż było to
równoznaczne z samobójstwem. - Jeśli ten ich lider psychopata ze swoimi mocami
sięga na kilkaset metrów, równie dobrze może sprawić, że same popełnimy
seppuku.
Mniszka, którą wysłano na ich spotkanie, na
pewno to usłyszała.
- Mam ofertę - powiedziała. Jej głos brzmiał beznamiętnie i jakby z
daleka. Powtarzała tylko to, co jej kazano i pewnie nie mogłaby dodać nawet
słowa od siebie.
- Pani Sanako. - Sunami schyliła z szacunkiem głowę, jakby zapomniała,
że tak naprawdę nie mówi do prawdziwej osoby - w każdym razie nie do końca, nie
do kogoś kto nad sobą panuje.
Mniszka nie okazała, że ją rozpoznaje. Nie
patrzyła ani na Sunami, ani na Noriko, lecz gdzieś pomiędzy nie, prosto przed
siebie.
- Mistrz Hakujou ma ofertę - powiedziała ponownie głuchym głosem. - Nikt
nie musi zginąć, pod warunkiem, że córka Azurów zgodzi się z nim porozmawiać.
- To chyba o tobie - mruknęła Noriko z przekąsem.
Wpadły w pułapkę szalonego przywódcy Piratów Pustyni. Fakt, że facet zna
pochodzenie Sunami, nie napawał optymizmem.
- Co, jeśli się nie zgodzimy? - Noriko skierowała pytanie do kobiety,
bezwiednie mówiąc głośno i wyraźnie, jakby tamta mogła jej nie zrozumieć.
- Poderżniemy sobie gardła - oświadczyła mniszka. - A wy i tak nie
uciekniecie.
Noriko dokładnie czegoś takiego się
spodziewała. Podły szantaż, któremu nie powinny ulegać. Tyle, że to Sunami miała
zdecydować.
***
Temari zdała sobie sprawę, że jej
życie wkrótce się zmieni. I miała ochotę działać, rozwiązać sprawy, z którymi
zawsze zwlekała.
Dlatego poszła do Gaary, chociaż
ostrzegano ją, że jest zajęty, a zwykle błyskawicznie spławiał każdego, kto
przeszkadzał mu w pracy.
Zważywszy, że on praktycznie zawsze
pracował, Temari musiała zaliczać relacje w rodzinie do "nierozwiązanych
problemów". Nigdy nie znalazła odpowiedniego momentu - ani wystarczająco
dużo odwagi - żeby porozmawiać z Gaarą szczerze. A jednak pewne rzeczy wymagały
wyjaśnienia i bez tego nie mogła nawet myśleć o wyjechaniu z Sunagakure na
stałe.
Shikamaru oczekiwał, i miał w tym
rację, że ona zacznie planować życie z nim. Do tego jednak musiała zamknąć ten
etap swojego życia, w którym wiele rzeczy nie dawało jej spokoju.
Wybrała jak zwykle nieodpowiedni
moment i raczej miała nikłe szanse na zrealizowanie swoich założeń. Zrozumiała
to jak tylko weszła do gabinetu. Gaara wczytywał się w jakiś dokument, a na
biurku była rozłożona mapa pustyni.
- Jestem jak zwykle nie w porę - odezwała się
zanim Gaara zareagował na niepożądane wtargnięcie. - Ale może wygospodarujesz
dla mnie trochę czasu?
Gaara popatrzył na nią z pewnym zdziwieniem,
najwyraźniej nie zauważając irytacji w jej głosie.
- Masz idealne wyczucie czasu. Chcę zapytać
cię o opinię.
Temari była tak zaskoczona, że nie wiedziała,
co odpowiedzieć.
Gaara nie był dyktatorem i
oczywiście pytał o opinie doradców, nawet jeśli i tak miał ukształtowane zdanie
w jakiejś sprawie i ostatecznie działał po swojemu. Temari jednak nie była
doradcą, ani na tyle wysokiej rangi dowódcą, żeby choćby teoretycznie wpływać
na Kazekage. Pytał ją o zdanie w sprawach, które wliczały się do jej
kompetencji. Obecna sytuacja daleko poza nie wykraczała - i dlatego Gaara nie
zaprosił jej na zebranie. Naradzał się z Kankuro, a nawet Shikamaru - co Temari
kiedyś wzięłaby za osobisty afront, ale teraz jej to jakoś nie obeszło, ku
własnemu zaskoczeniu. Kankuro był drugim po Gaarze dowódcą wojskowym, Shikamaru
taktykiem na tyle uznanym, że nikogo nie raziła jego przynależność do innej
wioski.
Temari odpowiadała za bezpieczeństwo
wewnętrzne i wywiad. Dobrze wiedziała, że teraz, gdy doszło do ataku
terrorystycznego na zewnątrz wioski i zachodziło podejrzenie o możliwości ataku
na osadę z zewnątrz, Gaara nie musiał nawet udawać, że liczy się z jej zdaniem.
A jednak najwyraźniej go ono
interesowało. To chyba zaskoczenie sprawiło, że Temari zapomniała o swoich
zwykłych zahamowaniach, minęła biurko i podeszła do Gaary, żeby spojrzeć na
dokumenty, które miał przed sobą.
Oczywiście nie powinna tego robić
jako podwładna, która niekoniecznie musi mieć wgląd do map czy raportów. Ale
też nigdy nie odważyłaby się podejść do Gaary tak blisko, i do tego
spontanicznie, bo do niego po prostu nie należało podchodzić zbyt blisko ani
bez ostrzeżenia.
Temari najczęściej rozmawiała z
najmłodszym bratem przez biurko, albo z odległości większej niż długość
ramienia. I wcale nie dlatego, że się go bała - odległość nie stanowiłaby
przeszkody, gdyby chciał komuś zrobić krzywdę.
Gaara zachowywał wobec innych
dystans, tak samo przestrzenny jak i emocjonalny, i w rozmowach z nim
utrzymywanie odległości większej niż normalnie wydawało się tak naturalne, że
nawet nie budziło zastanowienia.
Temari nigdy nie zadała sobie
pytania, dlaczego nigdy nie zbliżyła się do niego na odległość, z której
mogłaby go dotknąć albo objąć - nawet wtedy, gdy doświadczył śmierci. Nie
powiedziała mu, że w sklepie z artykułami z importu widziała dekoracje, które świetnie
pasowałyby do jego mieszkania i wprowadziłyby trochę ciepła do niemal
sterylnego wnętrza. Nigdy nie zapytała, czy tęskni za ojcem - którego wbrew
wszystkiemu chyba nigdy nie znienawidził - ani czy chciałby mieć własne dzieci.
Nie zadała sobie pytania, co ją
hamuje przed traktowaniem Gaary jak młodszego brata, chociaż obecny układ tak
bardzo jej przeszkadzał. Wiedziała przecież, że Gaara nie wściekłby się gdyby
spróbowała wyjść poza ramy chłodnej relacji, jaką zawsze mieli. Może by go to
zirytowało i pewnie by ją spławił. Ale nawet to byłby jakiś postęp.
Nagle pomyślała, że przy pierwszej
okazji pójdzie do tego sklepu i kupi parę rzeczy, które Gaara chcąc nie chcąc
będzie musiał gdzieś umieścić.
Tymczasem jednak istniały sprawy
znacznie bardziej naglące.
- Czy mi się tylko wydaje czy
zaczynasz podważać swoje własne decyzje? - zapytała, zaintrygowana.
Gaara nie tylko przestudiował mapę
całej zachodniej części pustyni, ale przeglądał raporty z ostatnich miesięcy i
jakieś długie, stare i zapewne nudne logistyczne sprawozdanie dotyczące
funkcjonowania świątyni, która teraz znalazła się w rękach rebeliantów.
- Decyzje podejmowane w pośpiechu najczęściej
okazują się błędne - skomentował.
Temari uważała tak samo, mogłaby od razu przywołać kilka przykładów.
- Uważasz, że mamy do czynienia z atakiem na
osadę? - zapytała. - Shikamaru jest zdania... wydaje mi się, że wspólnie
wypracowaliście stanowisko, że aktualny atak ma na celu podważenie naszej
wiarygodności. To nie niesie teraz bezpośredniego zagrożenia.
- Są lepsze sposoby na dyskredytowanie wioski niż zaatakowanie
przypadkowego i mało ważnego celu - odparł Gaara. Dopiero teraz podniósł wzrok
znad dokumentów i popatrzył na Temari. - Chcąc udowodnić, że nie mamy kontroli
nad pustynią, powinni atakować osady tuż przy jej granicy. Zniszczenie mało
znanego sanktuarium na forum międzynarodowym nawet nie zostanie zauważone. A
koszty akcji są wysokie. Wykorzystanie nawet niewielkiej grupy najemników do
zadania, które zaangażuje niewielkie siły wroga, jest marnotrawieniem zasobów,
z którego nic nie wyniknie.
- Cóż, Piraci pustyni nigdy nie oszczędzali na środkach - odpowiedziała
Temari, trochę przekornie. Było oczywiste, że Gaara do czegoś dąży i była
ciekawa, do czego, chociaż wiedziała, że pewnie jej się to nie spodoba.
- Nie, ale nawet najbardziej karkołomne ataki miały cel taktyczny. Tutaj
go nie widzę, nieważne jak bardzo chcę się go dopatrzyć. Jeśli już atakować,
dlaczego nie miejsce, z którego łatwiej uciec? Wysyłając najemników z misją
samobójczą, muszą mieć w tym jakiś cel.
Temari prymrużyła powieki.
- To nie pierwsza taka akcja. Atak na wioskę sprzed kilku miesięcy też
był samobójczy i do tej pory nie wiemy, co się za nim kryło. Myślisz, że te
dwie akcje są ze sobą powiązane? - domyśliła się.
Gaara nie odpowiedział wprost, zresztą jak
zwykle. Temari domyśliła się jednak, że utwierdziła go w podejrzeniach,
podobnie łącząc fakty.
- Zakładaliśmy, że tamten atak mógł być swego rodzaju testem naszej
obrony. Ale wobec braku przesłanek, że szykuje się kolejny, po tak wielu
miesiącach ta teoria jest mało przekonująca - powiedział. - Jeśli atak na tak
dużą skalę nie był celem samym w sobie, ale sposobem na odwrócenie uwagi, co miał zamaskować?
Temari przygryzła nerwowo wargi. Wiedziała, co
Gaara chce przez to powiedzieć i niestety zgadzała się z nim.
- Do wioski przedostał się najemnik, którego złapaliśmy. I który pewnie
zdradziłby prawdę, gdyby nie zdołał połknąć trucizny - powiedziała niechętnie.
W tej sprawie czuła się osobiście odpowiedzialna, bo co prawda to jej ludzie
schwytali intruza, ale oni też pozwolili, by uniknął przesłuchania. - Szukał
czegoś w wiosce.
- Nie szukał czegoś, tylko kogoś - sprecyzował Gaara. - A kiedy ktoś
okazuje się nieosiągalny, trzeba go wywabić na zewnątrz.
Podejrzenia Gaary stały się jasne. I
pod pewnym względem uzasadnione. Jeśli Piraci chcieliby schwytać Sunami, mogli
próbować bezpośredniego ataku, a potem przyczaić się i czekać. Mogli spodziewać
się, że w końcu ją złapią. Ale Sunami przez kilka miesięcy nie opuszczała
wioski i musieli sięgnąć po inne środki.
- Rozumiem twój tok myślenia, i pod pewnym względem masz rację. -
Przyznała Temari. Jednocześnie postanowiła przemilczeć pytanie, na jakiej
podstawie Gaara podważa skuteczność jej działań.
To do wywiadu należało
kontrolowanie przepływu informacji przenikających do osady i na zewnątrz. Gdyby ktoś, mimo generalnie
zachowywanej dyskrecji - shinobi z Sunagakure byli znani z tego, że nawet
podczas długich misji za granicą nie wynoszą wewnętrznych informacji wioski
poza nią - okazał się mieć długi język i poza osadą zaczęłyby się szerzyć
choćby najniklejsze plotki na temat związku Kazekage, który z definicji nigdy
nie mógł być tylko jego prywatną sprawą - podwładni Temari mieli obowiązek o
tym wiedzieć. Ona miała obowiązek wiedzieć i reagować błyskawicznie, bo takie plotki mogły zostać wykorzystane przeciwko wiosce.
Kankuro od dawna sugerował, że Sunami należy się specjalne traktowanie.
Skoro Gaara nie chciał się oświadczyć i nie można było zastosować zwykłych
środków ochrony, jakimi otacza się rodziny kage, forsował otoczenie jej
parasolem ochronnym według własnego pomysłu. Gaara go ograniczał w tych
zapędach. Także dlatego, że miał zaufanie do Temari. Nie wypuściłby Sunami z
osady, w takim zespole i na takich warunkach, gdyby uważał, że wywiad nie
spełnił swojej funkcji.
Pozwalał Sunami na ryzyko, bo
wydawało się, że tylko ktoś wewnątrz wioski mógłby chcieć jej zaszkodzić, a na
tym froncie wszystko było pod kontrolą.
- To też nie ma sensu. Nawet jeśli moja siatka
wywiadowcza zawiodła i terroryści wiedzą, że mogą dotrzeć do ciebie przez
Sunami, nie czekaliby tyle miesięcy. Nie spodziewaliby się złapać jej przy
okazji jakiejś misji, wiedząc, że jest specjalnie traktowana.
Gaara nie wydawał się zaskoczony jej
argumentacją.
- Pomyśl logicznie, Temari. Sunagakure ma drugorzędne znaczenie. Wioska
nie jest celem. Ja nie jestem celem. Z jakiegoś powodu, Piratom zależy na
Sunami.
Gaara, jak zwykle, nie okazywał emocji. Jak zwykle, nie można było się
domyślić, co naprawdę myśli. Ale Temari znała to spojrzenie.
Ponieważ sporo podróżowała, wiedziała
nie tylko, jak mieszkańcy wioski Piasku postrzegają shinobi z innych krajów,
ale też co mówi się o Sunagakure za granicą. Cywile lubili powtarzać anegdotkę,
że są dwie rzeczy, które można zrobić tylko raz w życiu: spojrzeć w oczy
Kuramie (Uzumaki poczułby się urażony gdyby to usłyszał) lub zaatakować wioskę Piasku.
Jak w każdej anegdocie, i w tej było
niewiele prawdy. Gaara jako dowódca był skuteczny - i jeśli trzeba bezwzględny
- ale też stosował się do zasad poszanowania przeciwnika i do traktatów
wojennych.
Można zaatakować wioskę Piasku i przeżyć. Poprzedni kage różnie traktowali prawo i często łamali humanitarne zasady traktowania
jeńców, szczególnie gdy nie było świadków. Gaara był dowódcą przestrzegającym
zasad, może właśnie dlatego że jako szeregowy shinobi często je łamał. Jeśli
przeciwnik kapitulował, wiedział, że ma zagwarantowane prawa. Jeńców się nie zabija.
Można więc zrobić coś dużo
głupszego niż zagrozić Sunagakure i narazić się Kazekage. Można zaatakować Gaarę osobiście.
***
Kankuro wyszedł do domu znacznie
wcześniej niż zwykle, korzystając z okazji, że może na chwilę wyrwać się biura. Zamierzał tylko się przebrać i
usprawiedliwić przed żoną - która bez narzekania znosiła jego całodzienne
nieobecności, ale wiedział, że jest niezadowolona - po to, by wrócić do pracy i
zostać tam pewnie do jutra.
Gaara zamknął się w swoim biurze i
najwyraźniej coś szykował, a to oznaczało, że można zapomnieć o normalnych
godzinach służby. Kankuro to odpowiadało, miał nadzieję, że wkrótce nadarzy się
okazja do rozwalenia obozowisk wroga. Niespodziewany atak bojówek na świątynię
wywołał w wiosce napięcie, które trzeba rozładować. Bezczynność Piratów i ich
nagła aktywność budziły uzasadniony niepokój.
Kankuro musiał jednak oderwać się od
tych myśli, gdy wrócił do domu. Michiru siedziała w przyciemnionym salonie,
przy na wpół zasłoniętych oknach, w szlafroku i z włosami w nieładzie - zupełnie jak
nie ona, bo zarówno zaniedbywanie wyglądu, jak i bezczynność były niezgodne jej naturą. Nigdy nie zdarzało się, żeby całe
przedpołudnie spędzała zamknięta w domu.
Była też niezwykle podenerwowana,
gdy go zobaczyła, zupełnie jakby nakrył ją na zbrodni. Zaczęła mówić o tym, że
nie zabrała się za gotowanie obiadu, bo nie spodziewała się jego powrotu tak
wcześnie - i w to akurat Kankuro be trudu mógł uwierzyć.
Nie mógł natomiast uwierzyć, że nic
złego się nie dzieje, gdy zadał pytanie i usłyszał uspokajającą odpowiedź.
Michiru nerwowo krzątała się po
kuchni, uporczywie unikając jego wzroku. Kankuro, coraz poważniej
zaniepokojony, zaniechał w końcu wysiłków prowadzenia z nią rozmowy, gdy
ewidentnie go zbywała. Złapał ją w pasie i odwrócił twarzą do siebie.
- Coś jest nie w porządku. Co?
Był wściekły sam na siebie, bo zdał sobie sprawę, że stosuje metodę
jakby prowadził przesłuchanie - dać do zrozumienia, że jest pewien, że
przesłuchiwany coś ukrywa i jedynie nie zna szczegółów - ale w tej chwili za
bardzo przemawiały przez niego emocje, żeby mógł przemyśleć, co powiedzieć.
Jakiś czas temu uczynił sobie założenie,
żeby oddzielić życie zawodowe od prywatnego grubą kreską i nie przynosić pracy do
domu, bo zamieniłby się w swojego ojca. Zwykle konsekwentnie trzymał się tego
postanowienia. Czasami jednak mógł się zapomnieć, szczególnie w stresującej
sytuacji.
- To problem medyczny? - Z trudem przeszły mu przez gardło te słowa, ale
jeśli to miały być naprawdę złe wiadomości lepiej było mieć to za sobą. To, że
Michiru zachowywała się jak ktoś na pograniczu depresji, w połączeniu z jego
wcześniej kiełkującymi podejrzeniami, sprawiło, że miał w głowie czarne myśli.
- Skąd ten pomysł? - odpowiedziała Michiru, sprawiając wrażenie
zaskoczonej, ale nie do końca rozwiewając wątpliwości.
Kankuro postanowił, że nie może dłużej bawić
się w podchody. Trzeba było wyłożyć karty na stół, nawet jeśli będzie to
brutalne.
- Jesteś w ciąży? - zapytał i nerwowo przełknął ślinę. - Albo byłaś? Nie
możesz być? Czy...
- Jestem w ciąży - powiedziała Michiru głośno i z ewidentnym naciskiem,
jakby chciała wyelimnować wszelkie możliwości, których on nie wypowiedział, a
które zdominowały jego myśli. - I dziecko jest zdrowe.
Kankuro wpatrywał się w nią przez chwilę, podczas gdy te słowa powoli
wsiąkały do jego mózgu i formowały się w zdanie: będę ojcem.
- A jaka jest zła wiadomość? - zapytał ostrożnie, nie pozwalając, żeby
ta myśl przesłoniła mu wszystko inne i zamieniła się w hurra optymizm.
Michiru zdjęła jego dłonie z talii i cofnęła
się o krok.
- To jest temat na dłuższą rozmowę - powiedziała i odwróciła się, żeby
wejść do salonu.
Kankuro automatycznie poszedł za nią. Kiedy
obserwował jak usiadła na kanapie i popatrzyła na niego z napięciem, nerwowo
wyłamując palce, czuł jakby ktoś uderzył go obuchem w łeb. Usiadł w fotelu,
czując się jakby uchodziło z niego powietrze.
- To moje dziecko, prawda? - zapytał. Liczył chyba podświadomie, że
akurat takie sformułowanie pytania z gory narzuci odpowiedź. Ale tak naprawdę
trudno było mu sformułować spójne myśli. Chciał za wszelką cenę uniknąć snucia
we własnej głowie spekulacji. Nie był na tyle mało spostrzegawczy, by móc sobie
powiedzieć, że Michiru zachowuje się normalnie - jak szczęśliwa kobieta w ciąży
- i że on sam ma urojenia. Zbyt dużo widział i za dobrze znał życie, by nie
wiedzieć, że na świecie zdarzają się kompletnie nieprzewidziane i absurdalne
rzeczy.
- Co?! - Michiru niespodziewanie się uniosła, chociaż przed chwilą można
było o niej powiedzieć, że w najlepszym wypadku, jest przygaszona. - Jak śmiesz
zadawać mi takie pytanie?
Kankuro podniósł głos, czym prawdopodobnie
pohamował żonę, zanim zdążyła wpaść w złość.
- Na świętą wolę ognia! Co jest tematem na dłuższą rozmowę? Dlaczego zachowujesz się, jakby ktoś umarł? I
jak długo ukrywasz przede mną, że jesteś w ciąży?
- Miesiąc.
- Co?
- Wiem od prawie miesiąca.
Kankuro przez chwilę nie wiedział, co
powiedzieć.
- Miesiąc? To co powinienem był zrobić, żeby zasłużyć sobie na wiedzę,
że nosisz moje dziecko? Jestem ojcem. - Mimo wszystko chyba nie był w stanie
wściec się tak jak powinien, i może właśnie dlatego, że ta świadomość dominowała w jego myślach.
Michiru popatrzyła na niego wyzywająco i ze złością, jak nigdy przedtem.
- To nie sprawia, że coś ci się należy!
Była ewidentnie rozeźlona, a ponieważ wpadanie
w złość jej się nie zdarzało - ani nawet podważanie w jakikolwiek sposób jego
zdania - Kankuro otrzeźwiał zanim pozwolił się ogarnąć irytacji czy poczuciu
krzywdy.
- Wiem, że bardzo dużo pracuję - powiedział z zastanowieniem. - I kiedy
kończę wcześniej zamiast chodzić z kumplami na sake powinienem wrócić do domu
i... Wiem, że cię zaniedbałem i oddaliliśmy się od siebie. Naprawię to.
Michiru wykrzywiła wargi.
- Rzeczywiście, chcesz o cokolwiek zadbać? Dziecko wszystkiego nie
rozwiąże.
- Jesteś ze mną nieszczęśliwa?
- Nie powiedziałam tego. - Odparła Michiru.
Kankuro przyglądał jej się w milczeniu, nie wiedząc jak zinterpretować
te słowa.
Być może ostatnio był za bardzo -
albo za długo - skupiony na sobie i nie zauważył, że jego małżeństwo wpada w
kryzys. Jeszcze godzinę temu, gdyby miał dokonywać jakiejś diagnozy,
powiedziałby że owszem, nastąpiło zmęczenie materiału alb przesyt. Rzecz, która
może czasem dopaść nawet idealne małżeństwo i która sama minie.
To prawda, że po tym, gdy skosztował
życia spokojnego i przykładnego męża zatęsknił trochę za beztroską kawalerskiego
stanu. Nie dlatego, żeby nowa rola mu nie odpowiadała. Zaczynał czuć się w niej
komfortowo. I właśnie dlatego postanowił się od niej na chwilę oderwać, żeby
sprawdzić ile racji mają koledzy, który sugerowali, że zamienia się w
pantoflarza.
Była też druga rzecz, istotniejsza.
Michiru często bywała bez powodu rozdrażniona, a on wolał schodzić jej z drogi.
Jednak tej taktyki nie można
stosować na dłuższą metę. A ciąża trwa dziewięć miesięcy. I niektóre kobiety
przez ten czas naprawdę zamieniają się w jędze.
- Nie przeszkadza mi, że tak angażujesz się w pracę ani że chodzisz z
kolegami do baru - powiedziała Michiru pojednawczo, jakby chciała udowodnić
nieprawdziwość sformułowanej przez niego w myślach tezy. - To
znaczy... Nie przeszkadza, o ile nic się za tym nie kryje. O ile nie znudziło
cię małżeństwo.
Kankuro powstrzymał się, żeby nie zakląć. Oto docierali do sedna sprawy.
Wiedział, o co chodzi jego żonie, chociaż nigdy niczego nie zarzuciła mu
wprost.
- To jest to, co mnie znudziło - oznajmił. - Zadajesz sobie pytanie,
dlaczego wolę przesiadywać w pracy albo w barze? Znudziło mnie małżeństwo? Nie,
ale mam dosyć tej wiecznej podejrzliwości, tych... niewypowiedzianych
zarzutów.
- Jakich zarzutów?
Kankuro nie okazał zniecierpliwienia, chociaż miał wrażenie, że w tym
momencie Michiru jawnie z niego kpi.
- Proszę cię. Przez miesiące żyliśmy w sielance. Nie dałem ci powodu do
braku zaufania. I nagle tobie włączył się tryb kontroli, wypytywanie co
robiłem, z kim, kiedy, z kim rozmawiałem. Nagle przypomniałaś sobie, że wyszłaś
za kobieciarza?
Michiru ściągnęła usta w wąską kreskę. Była
zirytowana, ale chyba też dlatego, że wiedziała, iż w tych zarzutach jest wiele
prawdy.
- Nie uważam cię za kobieciarza - powiedziała w końcu.
- Czyżby? No to mnie nabrałaś, świetnie odgrywasz coś zupełnie przeciwnego.
Odpowiedzią było milczenie. Kankuro uprzytomnił sobie, że pewnie pogrywa
za ostro. Ostatecznie nie chciał jej urazić, ani pogłębiać tego niepokojącego
stanu emocjonalnego, w jakim się znalazła - zresztą może jej nieracjonalnemu
ostatnio zachowaniu winne były hormony.
Jakby na potwierdzenie tych
podejrzeń, Michiru przybrała wyraz twarzy, jakby walczyła ze łzami.
Zaś w Kankuro jej łzy, czy nawet samo
tylko podejrzenie, że coś ją unieszczęśliwia, wywoływały taką wściekłość, że miał ochotę natychmiast
zniszczyć przyczynę, cokolwiek nią było. Dlatego też odsunął na bok swoją
urażoną dumę i rozgoryczenie, że po takim czasie i po tylu przeszkodach, Michiru
nie ma do niego stuprocentowego zaufania i czuje się niepewnie w tym
małżeństwie, ignorując wszystkie dowody jego przywiązania.
Zaprzestał prób forsowania swoich
zarzutów, usiadł obok Michiru i wziął ją za rękę.
- Wierz mi, naprawdę staram się ciebie zrozumieć. Ale czasami mi to nie
wychodzi. Nie rozumiem, dlaczego czasami zachowujesz się jak kobieta, która nie
może być pewna swego męża. I dlaczego zachowujesz dla siebie... więcej,
ukrywasz przede mną... coś, czego oboje chcieliśmy.
Michiru spojrzała na niego poważnie.
- A czy ty nadal tego chcesz? Nie zmieniłeś zdania?
- A ty zmieniłaś? - Kankuro odpowiedział pytaniem na pytanie, nie ze
złośliwości, ale z zaskoczenia.
Nie przychodziło mu do głowy, skąd nagle u Michiru takie wątpliwości.
-
Wymarzyliśmy sobie szczęśliwą, pełną rodzinę, w której dzieci są akceptowane.
Inną niż ta, którą ja miałam. Inną niż ta, w której dorastałeś. Bez kłamstw i
niedomówień. I podtrzymujesz to? - zapytała poważnie.
- Oczywiście.
Michiru wpatrywała się w niego z napięciem. Rozmowa przybrała zupełnie
inny obrót niż jeszcze przed chwilą. Kankuro domyślił się, że ze strony Michiru
nie będzie już pretensji czy złości. Ale jednocześnie ważyło się w tym momencie
coś bardzo ważnego.
- Więc co cię łączyło z Noriko? Co teraz cię z nią łączy? Czy nie
myślisz... czy nie zdarzyło ci się pomyśleć, że nie powinieneś był się żenić
kiedy jej tutaj nie było?
Kankuro nie rozzłościł się na to pytanie, choć
pewnie jeszcze wczoraj by tak zareagował. Michiru nie pierwszy raz ujawniała
nadwrażliwość na tym punkcie, a on już jej przecież wyjaśniał, że wbrew teoriom
plotkarzy Noriko nie jest jego byłą kochanką, nie uciekła z wioski z powodu
jego romansów, a on nie zdecydował się na aranżowane małżeństwo,
żeby zrobić jej na złość.
Osobiście uważał tę wersję wydarzeń
za najgłupszą. Ale była też najbardziej dramatyczna, pewnie dlatego najbardziej
się podobała i bywała najczęściej powtarzana, obok innych legend miejskich, jak
choćby ta, że piąta Mizukage po każdym kolejnym nieudanym małżeństwie
przysyłała Gaarze liściki z zaproszeniem na party po-rozwodowe. Nawiasem,
rzeczywiście organizowała takie imprezy.
- Nie rozumiem, dlaczego męczy cię akurat Noriko - stwierdził. I była to
prawda. Historyjki, rzekomo z jego życia, w które mieszano Noriko, były
ekstremalne, ale były jednymi z wielu. Poniekąd sam był sobie winien, bo kiedyś
regularnie dostarczał plotkarom pożywki, będąc pewnie ich ulubionym tematem
rozmów - albo jak kto woli ulubioną ofiarą - i musiało minąć trochę czasu zanim
się od niego odczepią. Mimo, że się ożenił, próbowani mu imputować różne
romanse i łączono go z wieloma kobietami. Ale Noriko prawie nie widywał, nawet
w pracy.
- Wiem, jak się zachowuje porzucona kobieta. Widziałam to wiele razy -
odparła Michiru.
Kankuro przeanalizował jej słowa.
- Czy Noriko cię zaczepia?
Michiru nie odpowiedziała na to pytanie, zamiast tego zwróciła uwagę na
coś, co od chwili ignorował.
- Ktoś puka do drzwi.
Raczej dobijał się, z determinacją godną lepszej sprawy. Kankuro
postanowił spławić typa i wyszedł do przedsionka. Gwałtownie otworzył drzwi
frontowe.
Stanął oko w oko z chuuninem, który
cofnął się o dwa kroki i stał bez słowa, najwyraźniej nieco zdeorientowany.
- Czego chcesz? - warknął Kankuro. - Streszczaj się.
Wiedział, że jego zachowanie zostanie zinterpretowane jako ekstremalnie aroganckie, a nawet chamskie traktowanie podwładnych - coś, z czego znana była
Temari, ale nie on - jednak nie dbał w tej chwili o dobre maniery.
- Kazekage pana wzywa, generale - odpowiedział chuunin służbowym tonem.
Jak na młodzika miał stalowe nerwy. - Pilnie.
Kankuro wezwanie wcale nie dziwiło.
Idealne wręcz wyczucie czasu.
- Zamelduj, że będę za pół godziny.
Shinobi patrzył na niego z niedowierzaniem.
- Pozwolę sobie podkreślić, że to pilne.
Kankuro powstrzymał przekleństwo.
- Piętnaście minut. Odmaszerować.
Chuunin wyglądał na oszołomionego, ale nie dyskutował więcej, tylko
cofnął się i ruszył biegiem w drogę powrotną.
Kankuro wrócił więc do domu, klnąc w
myślach swoją parszywą robotę i nadgorliwego brata.
- Muszę wrócić do pracy - powiedział. Usiadł jednak obok żony. Skinęła
głową na znak, że rozumie. - Ale najpierw powiedz mi, co powiedziała ci Noriko.
Michiru spojrzała na niego.
- Nic. Nic istotnego. Ona po prostu... jest i afiszuje się ze swoim
nieszczęściem. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego. Nie mogę wychowywać dziecka w
takiej atmosferze. Nie chcę, żebyś był ze mną tylko dlatego, że się
zobowiązałeś.
Kankuro zdawał sobie sprawę, że czegoś nie dopowiedziała. Wiem, jak się
zachowuje porzucona kobieta - on też to wiedział. Najwyraźniej Noriko chciała,
żeby jego żona czuła się jak ta druga.
- Porozmawiamy o tym - zdecydował. Nie mógł nawet być pewien, że wróci
do domu dzisiaj. - Wyjaśnię ci.
Michiru skinęła jeszcze raz głową. Kankuro wiedział, że i tak w tej
chwili wszystkiego nie rozwiąże i musi zbierać się do wyjścia.
- W porządku. Zaczekam.
Kankuro uścisnął jej dłoń.
- Nie wiem, kiedy wrócę. Ale pamiętaj: kochamy się i będziemy mieć
dziecko. Nie ma nic ważniejszego.
Pierwsza w życiu nocka w pracy i w tym samym dniu twoje opowiadanie ^^ Będę miała co czytać! :) :* :*
OdpowiedzUsuńJejku... dobrze, że chociaż trochę oczyscila się atmosfera u Kankuro i Michiru no i kurczę, że będą mieli dziecko :D bardzo ciekawi mnie jak to przyjmie Noriko ;) mam nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni.
OdpowiedzUsuńNatomiast co do Gaary i Sunami... mam nadzieję, że jej się nic nie stanie.
Czekam, życzę weny I czasu :* :*
Dziękuję ;)
UsuńBoże ile czekałam na ten rozdział :-)
OdpowiedzUsuńKocham to opowiadanie :-*
Jakiś prezencik na Mikołajki? 😊 :D
OdpowiedzUsuńKiedy następny?
OdpowiedzUsuń