czwartek, 16 czerwca 2016

Rozdział IX.


  Sunami przebiegła palcami po nagim torsie Gaary. Obserwowała go, opierając głowę na łokciu. Wiedziała, że nie śpi, jednak na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
- Chyba pójdę już do domu – powiedziała w nieokreśloną przestrzeń.
  Gaara otworzył oczy i popatrzył na nią z nieudawanym zdziwieniem.
- Po co?
- Nie wiem, tak jakoś, pomieszkać – odparła, świadomie się z nim drocząc. - Skoro ty jesteś znudzony moim towarzystwem.
  Gaara odwrócił się i objął ją w talii, a jego twarz znalazła się kilka centymetrów od niej.

- Mów. Ja słucham - odpowiedział, chociaż spojrzeniem sugerował, że rozważał ciekawsze zajęcia.
  Sunami odepchnęła go lekko, chcąc wyrazić dezaprobatę, chociaż wiedziała, że nie jest w tym zbyt przekonująca.
- Wolałabym, żebyś mniej słuchał, więcej mówił.
- A więc już stawiasz żądania – skomentował Gaara drwiąco, ale zanim zdążyła się zastanowić, czy powinna się poczuć urażona, pocałował ją w nos. - Opowiedziałem ci połowę mojego życia. Zostaw coś na starość, na emeryturze ludzie zwykle się nudzą.
  Sunami uniosła brwi, zaskoczona, że i on może mieć takie myśli – żeby wspólnie się z kimś zestarzeć – a nawet wyrażać je na głos. Miała ochotę zapytać Gaarę, jak wyobraża sobie przyszłość, ale w porę ugryzła się w język. Zamiast tego powiedziała coś, co wydawało jej się zabawne, dopóki nie wyraziła tego na głos.
- A więc zamierzasz dożyć emerytury? Co za ulga.
  Gaara przyglądał jej się przez chwilę, jakby zastanawiał się, ile w jej słowach było żartu, a ile prawdziwego niepokoju. Sama nie potrafiłaby tego określić. Ale gdy miała się już odezwać, żeby jakoś ominąć niewygodny temat, położył palec na jej ustach.
- Wiem, że nie popierasz moich metod pracy.
  Odniosła wrażenie, że będzie chciał zbagatelizować sprawę, i to ją rozzłościło.
- W pełni popieram twoje metody pracy. Do momentu, gdy zapominasz, że jesteś dowódcą i zamieniasz się w jednoosobową armię, zgrywając bohatera.
  Gaara nie wydawał się oburzony atakiem z jej strony.
- To kwestia odpowiedzialności – powiedział ze spokojem, który czasami bardzo ją drażnił.
- Albo braku wyobraźni – zripostowała. - Wiele dałabym, żebyś nie był... - Przerwała, bo skończenie zdania wydawało jej się zbyt ryzykowne. Choć trudno było jej to zaakceptować to jednak wiedziała, że dla Gaary stanowisko kage jest czymś znacznie więcej niż pracą. Więcej niż obowiązkiem. Nie raz myślała o tym, o ile prostsze byłoby jej życie – wspólne życie z Gaarą, gdyby tylko zajmował dowolną inną funkcję, coś mniej angażującego i choćby odrobinę mniej niebezpiecznego. Jednocześnie takie życzeniowe myślenie wydawało się nielojalnością.
- Wiedziałaś, z kim się wiążesz. Teraz zaczynasz żałować? - W głosie Gaary nie było już nic z żartobliwego tonu, brzmiał poważnie i chłodno, a ona nawet bez zdolności empaty wiedziałaby, że go zraniła.
- Nie, nigdy – odpowiedziała i bezwiednie złapała go za ramię, jakby bojąc się, że się od niej odwróci. - Akceptuję wszystko, chciałabym tylko, żebyś w większym stopniu liczył się ze zdaniem innych. Z moim zdaniem – uściśliła. Wiedziała, że wkracza na grząski grunt, mimo to musiała być szczera. - Jesteś apodyktyczny i arogancki i wydaje ci się, że zawsze masz rację, co może nie czyni cię doskonałym dowódcą, ale sprawia, że podwładni cię kochają. Z jakiegoś powodu, nie zmniejsza to mojej miłości do ciebie. - Wiedziała, że używa słowa „miłość” zbyt często jak na gust Gaary, ale teraz nie miała już z tym żadnego problemu. Lubiła mu powtarzać, że jest kochany – częściowo dlatego, że chciała, żeby w to uwierzył, a częściowo dlatego, że był to dobry sposób na chwilowe wytrącenie go z równowagi. - Jedyne, co bym w tobie zmieniła to twoje straceńcze czasami poczucie misji. - Chociaż próbował jej przerwać, uciszyła go gestem. - Jesteś tutaj dowódcą, ja musiałam wiele dla ciebie zmienić, zrezygnować z podróży i misji, które kiedyś sprawiały mi satysfakcję. Nie uskarżam się, bo nigdy wcześniej nie byłam szczęśliwa jak teraz. Ale oczekuję, że będziesz traktował mnie poważnie. Nie jestem twoją seks-przyjaciółką i nie jestem podwładną, której mógłbyś mówić, kiedy można wypowiedzieć własne zdanie a kiedy milczeć.
Pytanie, kim w takim razie jest, pozostawiła niewypowiedziane.
Trochę się obawiała, że posunęła się za daleko i Gaara się rozzłości. Raczej nie lubił być krytykowany, a przede wszystkim – nie lubił, gdy ktoś stawiał mu warunki.
- Uważasz, że traktuję cię jak podwładną? - zapytał z zastanowieniem, jakby analizował słuszność przedstawianych zarzutów.
- Czasami. Domyślam się, że trudno jest się pozbyć nawyku dyrygowania ludźmi – odparła, chcąc umniejszyć wagę zarzucanego czynu.
- Masz rację. Przywykłem do wydawania poleceń.
  Uznanie winy nastąpiło znacznie szybciej niż się spodziewała, dlatego poszła za ciosem, być może kusząc los.
- I do lekceważenia cudzych uczuć. Traktujesz Temari jak histeryczkę, zawsze, gdy okaże, że się o ciebie martwi. A ona wbrew pozorom nie jest ze stali. - Nie była pewna, czy sens tego, co mówi, w ogóle do niego dotarł. Gaara był, znowu, irytująco spokojny. - Ja nie jestem ze stali. I czasami boję się, że zrobisz coś lekkomyślnego nie zważając na nic.
  Oczekiwała jakiejś reakcji, odniosła jednak wrażenie, że na Gaarze jej słowa nie zrobiły żadnego wrażenia. Wiedziała, że nie powiedziała nic odkrywczego. Gaara wiedział, że w niektórych wypadkach podjął ryzyko o wiele większe niż to było konieczne, a nawet gdyby sam tego nie zauważył, Temari wytykała mu to wielokrotnie. Przyjmował do wiadomości to, co miała do powiedzenia, ale i tak zawsze uważał, że wie lepiej.
  Sunami sądziła, że to dlatego, że nie potrafiłby nigdy postawić się na miejscu siostry. Gdy sytuacja była naprawdę poważna, był na polu walki. Nie groziło mu czekanie godzinami na dobre lub złe wiadomości. Temari przeżyła coś takiego, i to podwójnie, i dlatego Sunami nigdy nie winiła jej za ciężki bądź co bądź charakter i szorstki sposób bycia. Nie dziwiła się też jej podświadomemu lękowi przed budowaniem poważnego związku z Shikamaru.
  Czuła, że zaraz się rozklei, w idiotyczny sposób z powodu banalnej w gruncie rzeczy rozmowy. Odwróciła się, bo chociaż nigdy nie była dobra w ukrywaniu emocji, mogła przynajmniej ukryć twarz. Nie miała żadnych oporów przed zwierzaniem się Gaarze ani przed wyrażaniem uczuć, ale nie chciała, żeby oglądał jej łzy.   

  Kunoichi nie płaczą, bo to nie przystoi wojownikom – wiele razy to słyszała odkąd zamieszkała w wiosce piasku. Wcześniej, w klasztorze mówiono jej coś podobnego. Nawet sierocie nie przystoi płacz, jeśli chce zostać buddystą, bo buddyści dążą do uwolnienia się od przyziemnych radości i trosk. Emocje były wśród mniszek czymś bardzo niepożądanym, dlatego - mimo, że dobrze ją traktowały - czuła się wśród nich obco i opuszczała klasztor z mieszanką różnych uczuć. Żadna z mniszek nie płakała i ona także nie, chociaż czuła się jakby znowu traciła rodzinę.
  Łzy zawsze były jednoznaczne z porażką, odkąd wyrzucono ją z rodzinnej wioski, w której wszystkie przejawy emocji uważano za prawdziwe i pożądane. Do czasu, gdy ktoś przestawał nad nimi panować i powodował zbiorową histerię, bo wtedy stawał się elementem społecznie niebezpiecznym. W skrajnych przypadkach starszyzna plemienia decydowała o usuwaniu jednostki niebezpiecznej z wioski, bez względu na to ile miała lat. Nie winiła ich za to.
  Nie winiłaby także Gaary, gdyby zignorował moment jej słabości i zaczekał, aż się ogarnie. Jednak on przysunął się do niej i objął ją od tyłu w talii.
- Liczy się dla mnie twoje zdanie – powiedział. Pewnie chciał ją uspokoić, ale wywołało to odwrotny efekt. Kompletnie wbrew jej woli łzy zaczęły płynąć po policzkach, a ona nawet nie była pewna z jakiego powodu płacze: ze strachu, żalu czy ze szczęścia. - Spójrz na mnie... proszę.
  Nieznacznie potrząsnęła głową.
- W twoich ustach nawet „proszę” brzmi rozkazująco.
- W przyszłości to się zmieni, poćwiczę.
  Ponieważ trudno było płakać i śmiać się jednocześnie straciła panowanie nad sytuacją i nie wzbraniała się, kiedy odwrócił ją twarzą do siebie. Wstydziła się tego idiotycznego wybuchu emocji, ale nie potrafiła się z miejsca opanować, wszystkie metody jakich nauczyła się podczas wielogodzinnych medytacji w tym momencie zawiodły. Próbowała więc zasłonić się dłonią, ale Gaara złapał ją za rękę.
- Płacz, jeśli chcesz. Łzy oczyszczają.
  Potrząsnęła głową, tym razem gwałtowniej, bo usłyszała coś, co kompletnie nie pasowało do jej przekonań.
- Co ty możesz o tym wiedzieć.
- Jako dzieciak płakałem za każdym razem, gdy ktoś zrobił mi przykrość. - To niespodziewane oświadczenie wywołało w niej niedowierzanie. - Naprawdę. W tej wiosce nie było większego mazgaja - potwierdził, jakby opowiadał wesołą anegdotkę z dzieciństwa. Jednak błyskawicznie spoważniał. - Potem przestałem płakać, zacząłem zabijać.
  Chyba gorzka prawda zawarta w tym zdaniu sprawiła, że Sunami przestała myśleć, jak niewłaściwe jest jej zachowanie. Wtuliła się w ciało Gaary, pierwszy raz od dawna nie tłumiąc ani łez, ani emocji.
                                                                         

  ***
Matsuri zaczynała pracę o bladym świcie. I chociaż nie należała do rannych ptaszków i zawsze musiała ze sobą walczyć, zmuszając nierozbudzony organizm do funkcjonowania, ostatnio to się zmieniło. Pracowała z wigorem, bez marudzenia wykonując najnudniejsze zlecenia. Było dużo papierkowej roboty, między innymi z powodu zbliżającego się egzaminu. Do jej zadań należało segregowanie i kategoryzowanie korespondencji, której ostatnio było bardzo dużo. Miała jednak obiecane, że gdy przeminie największy szał na wymianę listów międzynarodowych dostanie tydzień urlopu i będzie mogła wybrać się do Konohy.
Co prawda Temari marudziła, że Gaara traktuje ja zbyt pobłażliwie. Jednak Matsuri nie miała wyrzutów sumienia – w końcu miała wiele zaległego urlopu z ubiegłych lat. Z czasów, gdy zbytnie oddalenie od biura Kazekage traktowałaby jak karę.
Tuż przed budynkiem dostrzegła zmachanego chuunina z drużyny zajmującej się strzeżeniem bram wioski. Przybiegł do niej, wyciągając przed siebie rękę z zapieczętowaną notatką. Przyglądała mu się przez sekundę, próbując opanować zdziwienie – przekazywanie wiadomości nie należało do jego obowiązków. Potem, bardziej z przyzwyczajenia niż świadomym gestem, wyciągnęła rękę by odebrać od niego kartkę.
- Co się stało? - zapytała z niepewną miną.
Chyba nie szykuje się atak na osadę, to wydało jej się w tej chwili wręcz nierealne.
- Bojówka terrorystyczna... - wydyszał chłopak. Nie była pewna, czy niemożność złożenia rzeczowego zawiadomienia wynika ze zmęczenia, szoku czy z braku przeszkolenia.
- Bojówka? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Przypuszczają atak na nas?
Grupka terrorystów atakująca osadę, ot tak z marszu, kojarzyła jej się tylko z jednym: krwawą jatką po jednej ze stron. Nawet rebelianci nie działaliby tak nieracjonalnie.
Chuunin potrząsnął głową.
- Opanowali sanktuarium... To jest, klasztor żeński, na pustyni – uzupełnił prostując się, jakby przypomniał sobie o odpowiednim sposobie zdawania raportów. - Ten prowadzony przez mniszki buddyjskie...
- Wiem. Na pustyni jest tylko jeden klasztor – przerwała mu nieuprzejmie. Shinobi popatrzył na nią zdeprymowany – bo kto jak kto, ale Matsuri nie bywała opryskliwa wobec nikogo.
Ona jednak nie zwróciła uwagi na wyraz jego twarzy.
- Kto dokonał napadu? - zapytała, starając się w jakiś sposób sklasyfikować tę informację.
W sanktuarium nie zdarzały się napady od... Nigdy. Po pierwsze nie było tam co ukraść. Po drugie teren klasztoru chroniły silne pieczęcie, podobno nie do złamania.
- Niewielka grupa, kilkanaście osób. Może Piraci... I tak pewnie za późno, wzięli co mieli wziąć i się wynieśli.
Matsuri popatrzyła na niego ostro.
- Wiesz, że się wynieśli czy to twoje przypuszczenia?
- Przypuszczenia – odpowiedział shinobi, przywołany do porządku, i opuścił głowę. Jednak natychmiast przypomniał sobie z kim rozmawia i spojrzał na Matsuri. 

- Kto się przedziera przez pustynię, żeby napaść zakon ascetyczny? To jacyś przejezdni, skumali że nie ma czego ukraść i pewnie dali nogę.
- Jeśli masz rację, zostaną tam zgliszcza – odpowiedziała Matsuri ponuro. A jednak chyba poczułaby ulgę, gdyby okazało się, że tak było rzeczywiście – przypadkowi bojówkarze dokonali napadu i już się wynieśli.
- Dostarczę wiadomość. Możesz odejść – powiedziała nieuważnie, patrząc na trzymaną w dłoni notatkę jakby to była wybuchająca notka z opóźnionym zapłonem. - I nikomu o tym nie wspominaj, trzymaj język za zębami.
Ktokolwiek dokonał napadu na buddystki i w jakimkolwiek celu, jedno wydawało jej się pewne: Sunami nie może się o tym dowiedzieć. Mogłaby zrobić coś głupiego nie czekając na rozkazy.
  

***
Shikamaru pojawił się w pracy z samego rana, przychodząc równocześnie z nią. Temari, ujrzawszy go w korytarzu, poczuła jednocześnie zdziwienie – że jest ostatnio taki punktualny – i złość.
Złość dlatego, że w ostatnim czasie czuła się przez niego ignorowana. Nawet gdy go spotykała przy rozlicznych okazjach, nie próbował nawiązać z nią rozmowy. Teraz też zamierzał ją minąć. Temari postanowiła, że nie będzie gorsza i okaże taka samą obojętność. Jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie, odwróciła się i zagrodziła mu drogę.
- Odpuściłeś sobie, czyż nie? - zapytała wprost.
Shikamaru obdarzył ją typowym dla siebie spojrzeniem wyrażającym umiarkowane zainteresowanie, żeby nie powiedzieć - znudzenie.
Och, jaką miała ochotę rozkwasić mu nos.
- Co sobie odpuściłem? - zapytał bezczelnie.
- Wyjaśnienia. Nasz związek. Wszystko – odpowiedziała jednym tchem.
Shikamaru cofnął się o krok i założył na siebie ręce, jakby w oczekiwaniu.
- Na co czekasz? - spytała ze złością.
- Aż wyłożysz wszystkie swoje żale. Potem będę mógł po kolei zbić każdy twój zarzut – oświadczył.
Ta pozorowana – a może nie – obojętność sprawiła, że jeszcze bardziej miała ochotę się na nim wyżyć.
Zanim wymyśliła jakąś ripostę, odezwał się znowu.
- Kochanie, to ty rozwaliłaś nasz... jak to powiedziałaś... związek.
Czegoś takiego się nie spodziewała. W każdym razie, nie od niego.
- Tak, ja skorzystałam z pierwszej okazji, żeby się bzykać po kątach.
Być może jej się tylko wydawało, ale miała wrażenie, że przez twarz Shikamaru przemknął cień. Przynajmniej spoważniał.
- Co cię w tym tak boli?
Oburzenie na chwilę odebrało jej mowę.
- Jeszcze się pytasz?
- Tak, pytam. Nie byliśmy razem. Ty mnie rzuciłaś. Czego ode mnie oczekiwałaś, dożywotniego celibatu czy tego, że będę czekać aż zmienisz zdanie? Ty czekałaś?
Gdy zorientowała się, że to nie jest pytanie retoryczne, uciekła wzrokiem. Shikamaru złapał ją za przedramię, zmuszając, żeby na niego spojrzała.
- Czekałaś? To po co był cały cyrk z definitywnym rozstaniem, bo jest nam razem nie po drodze?
Próbowała się wyrwać, jednak on jej na to nie pozwolił. Posłała mu wyzywające spojrzenie. Jeszcze się taki nie urodził, który miałby jej dyktować warunki.
- Próbowałam sobie kogoś znaleźć, ale jakoś... Nie potrafiłam się zmusić. - Dopiero teraz uświadomiła sobie, że podniosła głos, ale już o to nie dbała. W pobliżu tego korytarza i tak było pusto, bo niewiele osób przychodziło do pracy tak wcześnie rano. - Myślałam o tobie, zadowolony? Myślałam o tobie! A ty robiłeś wszystko, żeby o mnie zapomnieć!
Shikamaru uśmiechnął się tyumfalnie i nawet nie próbował tego ukryć.
- Myślisz, że istnieje taka kobieta? - zapytał zanim zdążyła obrzucić go stekiem wyzwisk.
Zbił ją tym z tropu.
- Jaka kobieta?
- Taka, przez którą mógłbym o tobie zapomnieć. - W jego wzroku widziała trudny do uchwycenia wyraz, coś między samozadowoleniem a rozbawieniem. - Wiele lat temu pozbyłem się w tym temacie złudzeń.
Zbliżył się, żeby ją pocałować, a ona nie zrobiła nic, żeby go powstrzymać. Nawet nie przyszło jej to do głowy. Gdy poczuła na sobie jego wargi złapała go za kamizelkę i przyciągnęła bliżej, co sprawiło, że oboje prawie stracili równowagę, ale żadne nie zawracało sobie tym głowy. Oparła się plecami o przeciwległą ścianę, czując na sobie presję jego ciała. Shikamaru zachłannie wpijał się w jej usta, a ona nie mogła pozwolić się zdominować, więc oddawała pocałunki z tym większym zaangażowaniem. Dłonie Shikamaru wędrowały po jej biodrach, a ona nie podjęła jeszcze decyzji, żeby je od siebie odepchnąć, chociaż znacznie ułatwiłoby to jej nieporadne próby ściągnięcia z niego górnej części ubrania.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, gdzie właściwie się znajdują.
- Ejże, seks w miejscu publicznym? Na to są ze trzy paragrafy. - Znajomy głos w nieprzyjemny sposób przywrócił ją do rzeczywistości.
- Czego chcesz, Kankuro? Spadaj stąd, masz biuro piętro wyżej – powiedziała.
Miała wrażenie, że Shikamaru się wystraszył, bo chciał się odsunąć, ale ona mocno trzymała go za połę rozpiętej kamizelki. Kto jak kto, ale młodszy brat nie będzie jej przywracał do porządku.
- No tak, i normalnie udawałbym, że was nie widziałem. Ale jest sprawa. Do niego – skinął głową na Shikamaru. - Nadzwyczajne zebranie.
Temari niechętnie wypuściła Shikamaru i odwróciła się w kierunku brata, który stał na końcu korytarza kilka metrów dalej, ewidentnie lękając się do niej podejść, słusznie zresztą.
- I ja oczywiście nie jestem potrzebna? Co to za zebranie?
Kankuro wzruszył ramionami.
- Bo ja wiem, pewnie to co  zwykle. Gaara coraz wcześniej robi te swoje narady, w końcu rzucę tę robotę.
To zdanie zabrzmiało w jej uszach nieszczerze, co kazało jej podejrzewać, że Gaara z rozmysłem kazał jej nie wtajemniczać. Nie zamierzała dłużej na ten temat dyskutować, nie chciała zostać znów oskarżona o przekraczanie kompetencji.
- Dobrze. Zawołajcie, jeśli będę potrzebna – powiedziała do brata, po czym spojrzała na Shikamaru. - Będę w biurze, gdybyś miał jakąś sprawę.
Kankuro odchrząknął.
- W biurze też nie wolno. Wyposażenie stanowi własność państwową.
Spiorunowała go spojrzeniem, ale lalkarz nie wykorzystał okazji do rozwinięcia potyczki słownej. Normalnie nie wycofałby się mogąc z niej zadrwić, co wskazywało, że tym razem mu się spieszy.
 

3 komentarze:

  1. I takie rozdziały uwielbiam ^-^
    Szczera rozmowa Sury(Gany jak kto woli xD), elemencik Matsuri, kiss Shikamari i Kankuro "żartowniś" :3
    Żyć nie umierać! ^-^
    A propo umierania... Zaczynałam myśleć, iż leżysz już 3 metry pod ziemią! Nie rób nam tak, Kare-saaan! ;-;
    Pozdrawiam i ślę toooooony weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Gaara się otwiera i bardzo dobrze :D W końcu ktoś, coś z nim zrobi i przestanie się kisić w tym biurze xD

    ShikaTema!... I Kanki(♡) Hahaha xD "W biurze też nie wolno..." I z pewnością sam nigdy się nie seksił w biurze ;P Biedna Temi... Znowu musi czekać :D

    Cudny rozdział :D Weny i czasu! Buziaki ♡♡♡!

    OdpowiedzUsuń
  3. Miło czyta się coś nie yaoi, nie Gaamatsu, nie Gaasaku i coś, co nie kaleczy naszej ukochanej polszczyzny. Fajnie że wróciłaś i fajnie, że jest nowa notka.
    Weny życzę i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Veni, vidi, vici
Przeczytane? Podziel się opinią :)